Wyszłam ze strefy komfortu – relacja z „ALE 10k Run” w Łodzi

Do tej pory bieganie sprawiało mi przyjemność. Najlepsze były długie wybiegania, kiedy łapiesz swój rytm i możesz biec i biec i biec… Jakże inne to doświadczenie od startu w zawodach.

Kiedy tydzień temu planowałam sobie ten start myślałam, że przebiegnę go z przyjemnością, bez napinki, tak na 1:10. I wtedy wydarzył się taki dialog:

Kwacz

No i się zaczęło! Gonitwa myśli, analiza możliwości, konsultacje z bardziej doświadczonymi. Co ciekawe w tym ostatnim przypadku zauważyłam dziwną prawidłowość – im dłuższy staż biegacza, tym bardziej zachęcał do biegu na luzie i delektowania się debiutem. Im krótszy staż – tym większa presja na wynik. No i zamieszali…

Kiedy w połowie tygodnia przyplątały się jeszcze babskie komplikacje załamałam się do reszty. Jak to? Ja tu trenuję od miesiąca, planuję start a tu o! Kicha! Środowy i piątkowy trening pokazały jednak, że forma idzie w górę i że może nie będzie tak najgorzej. Postanowiłam zaufać mojemu zającowi (Edwin, po raz setny dziękuję! ;)) i nie przejmować się tym więcej. Doszłam do wniosku, że jest tyle niewiadomych i nie mam żadnego doświadczenia w tego typu biegach, że myślenie o tym w kółko do niczego nie prowadzi. Jedyna więc rzecz, która mnie stresowała przed startem, to czy Edwin zdąży dojechać na czas i czy znajdziemy się przed biegiem.

No to go!

Wbrew obawom wszystko się udało, zmieściliśmy się w czasie i z oddaniem rzeczy do depozytu, i z rozgrzewką, i z dotarciem na linię startu, która była ponad kilometr o hali w której mieliśmy finiszować. Przed startem śmiechy chichy, selfiaczki i filmy – wszystko, byle tylko nie myśleć o tym co się za chwilę wydarzy.

A takie nastroje panowały przed biegiem! Zabij Grubasa to najlepszy zając na świecie :) Dziękuję raz jeszcze Edwin!…

Posted by Wybiegane on Sunday, April 19, 2015

Nagle słychać odliczanie 10, 9, 8… i dociera do mnie, że to już! Że nie ma odwrotu. Biegniemy! Gdybym nie biegła z Edwinem pewnie poleciałabym na tych emocjach co najmniej pierwsze dwa – trzy kilometry. Szczęśliwie Edwin mnie hamował i na początku słyszałam tylko „zwolnij”. A mnie aż nosiło, żeby przyspieszyć, a nawet nie przyspieszyć, tylko biec „w swoim tempie”. Kiedy wreszcie pozwolił trochę przyspieszyć zaczęło się robić fajnie – długa prosta, z prawej i lewej las, uśmiechnięci ludzie wkoło. Super! Tylko biec.

10k

4 km i zaczęły się schody. Po tym lekkim przyspieszeniu zaczęła się odzywać kolka, kiedy odpuściła pojawiła się góra – długa po horyzont. Nie, nie jakaś bardzo stroma, tylko taka najgorsza z możliwych – lekko pod górę, ale końca nie widać. W połowie słyszę, jak Edwin mówi – koniec podbiegu, przyspieszamy, a ja podnoszę wzrok i widzę, że co najwyżej jesteśmy w połowie. 2 km pod górę – szlag by to trafił! Na 5 km była woda i chwilowe wypłaszczenie. Edwin pobiegł po wodę, a mi kazał trzymać tempo. Za chwilę pojawił się z kubkiem. Wzięłam tę wodę, o której marzyłam od dłuższej chwili i jak nie chlupnę sobie nią w twarz – pół buzi zalane, napiłam się pół łyka. :) Po tym doświadczeniu odpuściłam sobie kolejne próby picia i starałam się skupić na kolejnym podbiegu, który już uśmiechał się zza zakrętu. Najgorsze było to, że dzień wcześniej chodziłam tą drogą kilka razy i się cieszyłam, że będzie fajnie, z górki (ja głupia byłam pewna, że będziemy biec w przeciwnym kierunku!). Jak bardzo się pomyliłam… :)

Przyjęłam taktykę nie patrzenia na tę górę. Patrzyłam pod nogi, daszek czapki ograniczał widoczność i czułam się bezpiecznie zerkając tylko do czasu do czasu kiedy wreszcie będzie koniec tej góry. Nagle, na wysokości 6 km z tego otępienia wyrwał mnie okrzyk: „Dawaj Agata!” To Waldek, który specjalnie dla mnie zrobił transparent „Agata Dasz Radę!” <3 Dziękuję! Może nie było tego widać, bo na tym 6 km zaczynał się mój kryzys i już nie bardzo miałam siłę na uśmiech (a Edwin ciągle kazał przyspieszać ;))

Kryzys 6 km

Na długich biegach zawsze mam jeden kilometr który wychodzi wolniej niż pozostałe. I zazwyczaj wtedy też nachodzą mnie różne myśli, między innymi o tym, że bez sensu się tak męczyć i po co mi to wszystko. Tak też było miedzy 6 a 7 kilometrem. Wiedziałam, że jak to przejdę to potem będzie już „z górki” (aha, akurat!). To podczas tego kilometra w mojej głowie toczył się bój – czy walczyć o złamanie tej godziny, czy odpuścić i po prostu dobiec. Nie wiem ile razy pomyślałam, „pierdzielę, po co ja się tak męczę?”, „To tylko twoja chora ambicja, nie słuchaj tych, którzy chcą żebyś przebiegła to poniżej godziny”… i wiele wiele innych, o których ostatnio pisała Malwina.

6 km

Kiedy skończył się 7 km i wyszliśmy lekko na prostą Edwin znów kazał przyspieszać. Swoją drogą, wiem, że pilnował czasu i tempa, ale to, że co chwilę zerkał na zegarek w pewnym momencie zaczęło strasznie mnie wkurzać. Dlaczego? Bo interpretowałam to, jako ciągłe poganianie, jako sygnał, że za wolno biegniemy, że mamy straty. Słowem się o tym nie zająknął, słyszałam cały czas, że jest bardzo dobrze, że dobiegniemy w świetnym czasie. A jednak dźwięk wibrującego co chwilę zegarka i spoglądającego na niego Edwina powodował we mnie stres i poczucie, że cały czas biegnę za wolno (a szybciej już nie miałam siły). W pewnym momencie zapytałam ile szybciej musimy biec, żeby zrealizować cel? Usłyszałam, że 20 sekund na każdym kilometrze – wtedy już wiedziałam, że nie złamiemy tej godziny. Nie ma szans. Nie dam rady tyle przyspieszyć. Rzuciłam, że odpuszczamy, czy że nie ma szans i… W tym momencie zrobiłam coś co zaskoczyło mnie (i chyba trochę Edwina też). Włożyłam do ucha drugą słuchawkę z muzyką, odcięłam się od wszystkiego (od Edwina również, co oświadczyłam mu siarczystym „Nie słucham Cię!”) i zaczęłam szukać swojego rytmu.

Próbowałam sobie przypomnieć treningi i ten power jaki miałam zawsze od 8 km. Trochę się udało. W końcu to ja zaczęłam wyprzedzać a nie mnie i wtedy po raz kolejny zaczął się ten cholerny 2 km podbieg. A to oznaczało, że już do mety będzie cały czas pod górę. Ta myśl strasznie mnie zdołowała. Znów wbiłam wzrok w asfalt i starałam się nie patrzeć na tą górę tylko cisnąć tyle ile dam radę. Te dwa km były już tak daleko poza moją strefą komfortu, że łapałam się na myślach, że nie tak wygląda bieganie. Bieganie jest fajne, bieganie jest przyjemne, bieganie to radość. A to co działo się teraz nic a nic nie przypominało mojego biegania – to coś bolało w płucach, to coś odbierało oddech, to coś blokowało nogi. Kiedy zaczął się 9 km, nie wytrzymałam i zaklęłam siarczyście „K…, niech ta góra się już skończy!”. Nie posłuchała, ale chociaż spuściłam trochę pary z głowy.

Edwin biegł obok i motywował, zagrzewał do walki, ale ja zasklepiłam się w swoim rytmie i widziałam tylko jego gesty. Dobiegliśmy na teren hali i kiedy już wiedziałam, że to już koniec, ostatnie metry, a tu wciąż było pod górę, to myślałam, że popłaczę się z bezsilności. Znów odezwała się kolka, płuca zaczęły palić jeszcze mocniej, a ja krok po kroku mijałam kolejne osoby. Ostatnie 50 metrów. Zaczął się dość stromy zbieg do hali i ostatnia prosta. Krok od razu się wyciągnął. Jeszcze ostatnia chwila zawahania (przecież już nie mam siły, żeby jeszcze przyspieszyć) i wróciłam myślami, do tempówek które Łukasz kazał mi robić pod koniec treningów. Przypomniałam sobie to fajne uczucie z treningu, kiedy po 11 km byłam w stanie jeszcze całkiem szybko pruć przed siebie i stwierdziłam – teraz albo będę żałować do końca życia. Wpadłam na metę z takim impetem, że zrobiło mi się ciemno przed oczami i autentycznie myślałam, że zaraz puszczę pawia.

Padłam Edwinowi w ramiona, żeby się nie przewrócić i musiałam przystanąć, by wyregulować oddech. Jeśli myślicie, że w tym momencie spłynęła na mnie radość i uwielbienie dla biegania, wyniku i ogólnie wszystkiego to grubo się mylicie. Nie miałam pojęcia w jakim czasie dobiegłam, ale nie miało to żadnego znaczenia. Dobiegłam i marzyłam o tym, żeby napić się wody. Edwin widząc w jakim jestem stanie zarzucił na mnie folię, żebym nie odtajała za szybko i poszedł po wodę. A ja stałam pod halą, patrzyłam na tych wszystkich ludzi cieszących się i robiących sobie zdjęcia i nie mogłam zrozumieć z czego oni się cieszą? Przecież to był koszmar, mordęga i w ogóle jakiś hardkor. Nie miałam ochoty nawet sprawdzać powiadomień z telefonu (dla tych co mnie znają, to na pewno sygnał, że coś mi się stało w głowę;)). Za chwilę przyszedł Edwin z wodą i izotonikiem. Jeden wypiłam niemal duszkiem. Wraz z kolejnymi łykami zaczął mi wracać humor. Po chwili i my z Edwinem zaczęliśmy robić sobie zdjęcia. A kiedy odczytałam sms z wynikiem przeżyłam szok:

czas biegu

Wiecie, co mnie ucieszyło? Ta końcówka „59”, bo 1:02:59, to przecież nie jest 1:03:00 ;) W tym momencie zrozumiałam dlaczego koledzy walczący o poprawę życiówki tak bardzo marzą, o tym „59”. To cyfra zwycięstwa. To cyfra pokazująca, że jesteś ciut lepszy niż mógłbyś być :) I choć to czysty przypadek (nie sądzę!), to cieszę się ogromnie. Plan minimum, który brałam w ciemno to było 1:05. Plan maksimum zakładał złamanie godziny. Dziś wiem, że zawody, to nie bieganie po lesie i po płaskim jak w domu. Zawody to niewiadoma.

A tę godzinę złamię na innej trasie. Tylko sprawdzę wcześniej czy na końcówce nie ma przypadkiem górki!

Pożaliłam się, to teraz zobaczcie jak to wyglądało w rzeczywistości (poza moją głową). Międzyczasy (dotychczas średnie tempo biegu na tym dystansie wynosiło ok 7:11-7:30) Wczoraj wg. datasport 6:17. A tu dane z zegarka:

  • 1 km – 6:32
  • 2 km – 6:25
  • 3 km – 6:36
  • 4 km – 6:07
  • 5 km – 6:27
  • 6 km – 6:03
  • 7 km – 6:27
  • 8 km – 5:54
  • 9 km – 6:14
  • 10 km – 6:04

I spojrzenie z boku Edwina, który na szczęście nie widział i nie słyszał co działo się w mojej głowie:

Lekki start, ambitny środek i trudny finisz czyli debiut pełen walki. Tak mogę określić Twoje zmagania na debiucie. Nie był to lekki niedzielny spacer, co szczególnie widać było od piątego kilometra, ale to, co najważniejsze – zapał i chęć do walki o dobry wynik – pomimo trudności, wzięły górę. Szczególnie na ostatnich metrach gdzie biegłaś jakby ktoś dodał Ci skrzydeł. Jestem pewien, że to świetny początek długiej biegowej przygody – Edwin Zasada, Zabijgrubasa.pl.

Jeju, ależ się cieszę! 1:02:59!!! Matulu! Dziękuje Wam wszystkim za ogromne wsparcie, doping przed i w trakcie. Zwł…

Posted by Agata Lipiec on Sunday, April 19, 2015

Rating: 5.0. From 1 vote.
Please wait...
Agata Lipiec Opublikowane przez:

Bieganie zmieniło moje życie. Bieganie zmieniło mnie. I to nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie. Czuję się silniejsza, bardziej atrakcyjna i pewniejsza siebie. Tę całą drogę i tę, która jeszcze przede mną znajdziesz na tym blogu.

  • Agata, naprawdę szacun za to co zrobiłaś w niedzielę.

    PS. zegarek pikał i skradał wzrok, bo zając sierota nie wyłączył alertu wolnego tempa z treningu i nawet przy tempie 5:01 by pikało. Sorry. :/

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Zając nie sierota, tylko bardzo dobry. Świetnie prowadził :)

      No votes yet.
      Please wait...
    • Wolne tempo na 5:01″.

      I <3 U!

      No votes yet.
      Please wait...
  • Fajnie było się zerwać rano, jak stałem z tym banerem wielu biegaczy go odczytywało, kilka Pań się uśmiechnęło – pewnie też Agaty :)
    Respekt za to, że w tak krótkim czasie wykręcasz takie wyniki i mega gratki dla Edwina, który zerwał się w nocy by pomóc!!! :)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Dzięki Waldek, masz jakieś foto? Chętnie dorzucę do wpisu :)

      No votes yet.
      Please wait...
      • hmmm… nie mam, ale spokojnie baner w garażu zachowany, jeszcze się przyda :)

        No votes yet.
        Please wait...
  • Artur Kaliś

    Już kiedyś napomnknąłem, że świetnie piszesz, prawda? Teraz dodam, że świetnie biegasz. Znaczy się ja tylko potwierdzam, to co jest bardzo oczywiste. Debiut na 10 km! Z życiówką! W tempie narastającym! Pod górkę! Wow! Nigdy w zyciu nikomu tak nie kibicowalem podczas biegu jak Tobie! Emocje mnie prawie zabiły. BRAWO!!!

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Artur, dzięki za ten doping, każdy Twój komentarz na Endo przywracał mi uśmiech na twarzy :) czułam, jakbyś biegł obok z Edwinem ;)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Agata wielkie gratulacje ..

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Bardzo dziękuje, wciąż mam mętlik w głowie ;)

      No votes yet.
      Please wait...
  • #DUMA! :)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      :* <3 #najbardziej

      No votes yet.
      Please wait...
  • Gratulacje i szacunek! :))) Podziwiam i kibicuję dalszym sukcesom :)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Ewelina, dziękuję i za gratulacje i za wsparcie :)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Wojciech Kołacz

    Brawo. Pierwsze koty za płoty ;)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Dzięki Wojtek, czy my się dziś widzimy na OnTheRun? ;)

      No votes yet.
      Please wait...
      • Wojciech Kołacz

        Dzisiaj nie, ale trzeba się umówić na jakieś bieganie czy coś :) Ja ze startów to teraz mam na rozkładzie Ironmana 70.3 w Barcelonie :)

        No votes yet.
        Please wait...
        • Agata Lipiec

          Wspólne bieganie zawsze chętnie :) a tego Irona to zazdroszczę i na dodatek w Barcelonie <3 Trzymam kciuki

          No votes yet.
          Please wait...
          • Wojciech Kołacz

            No to jakoś się zgramy :) na Barcelone też już czekam z utęsknieniem! Ja natomiast trzymam kciuki za On the run ;)

            No votes yet.
            Please wait...
          • Agata Lipiec

            dzięki, ale po niedzieli traktuję ten dzisiejszy bieg jako trening ze znajomymi :)

            No votes yet.
            Please wait...
          • Wojciech Kołacz

            I o to chodzi! :)

            No votes yet.
            Please wait...
  • Pingback: Przestańcie mnie nakręcać!()

  • Na pierwszej dyszce którą bieglam popełniłam wszystkie możliwe błędy. Wyrwałam do przodu jak wariatka, umarłam prawie w połowie dystansu i generalnie nie zrobiłam nawet czasu treningowego. Później było już lepiej. Ważne aby miec fun ;).

    No votes yet.
    Please wait...
  • Pingback: Technika czyni mistrza()

  • Pingback: Wszystko pod kontrolą - Biegnij Warszawo 2015()

  • Pingback: 2. PZU Cracovia Półmaraton()

  • Pingback: Znów porwałam się z motyką na słońce! 5150 Warsaw Triathlon #before()