Poszedłem na basen. Poczułem się jak za komuny!

Agata od jakiegoś już czasu dość regularnie trenuje pływanie (zachciało się triathlonu…). Ja ostatnio też musiałem część biegowych treningów zamienić na taplanie się w wodzie. W efekcie oboje skazani jesteśmy na dość regularny kontakt z Warszawskimi pływalniami, a w szczególności OSiRami.

Nie chciało mi się wierzyć, kiedy Agata po pierwszych wizytach w bemowskim Pingwinie (Ośrodek Sportu i Rekreacji m.st. Warszawy w Dzielnicy Bemowo) wróciła do domu poirytowana, a litania żali pod adresem pływalni zdawała się nie mieć końca:

  • bo pracownicy siedzą jak za karę, a całym złem tego świata jest człowiek, który chce przyjść popływać;
  • bo nawet w środku lata musisz koniecznie skorzystać z szatni, bo bez numerka z szatni nie kupisz biletu;
  • czepek to rzecz święta, której nie możesz zapomnieć, bo inaczej wylatujesz;
  • na każdym kroku ponaklejane kartki „Kliencie zamknij szafkę!” „Kliencie umyj się przed wejściem do wody” (a jednocześnie panie sprzątaczki przeklinające na całą szatnię, ile to wody ci ludzie roznoszą…).

Pomyślałem, że przesadza. Niestety, to moje podejrzenie, że mocno wyolbrzymia, wyartykułowałem na głos. A wiecie jak to jest – nie bagatelizuje się rzeczy, które osobistą żonę doprowadzają do… irytacji. Szczegółów Wam oszczędzę ;).

W każdym razie ostatnio sam miałem okazję odwiedzić wspomnianego Pingwina. Trener zalecił basen, jako ćwiczenia uzupełniające i wzmacniające, więc już dłużej nie mogłem się bronić przed pływaniem. Ze względu na napięty, weekendowy grafik skierowałem się na ten basen, który mam najbliżej (może 200 metrów od domu).

image

Ilość rzeczy jakie mnie zaskoczyły jest powalająca. Pierwsze zderzenie z rzeczywistością nastąpiło już przy kasie: „tylko gotówka”. Dwa razy pytałem, bo nie mogłem w to uwierzyć. XXI wiek, stolica sporego europejskiego państwa… I tylko dukaty. Jak za Chrobrego! Płatność tylko dukatami! Trudno, wychodzę z basenu i lecę do najbliższego bankomatu. W sumie dobrze, że przed wejściem na basen a nie jak Agata – po wyjściu, kiedy trzeba było dopłacić 1,60 zł za przekroczony czas. Poza tym, ja wiedziałem gdzie w okolicy jest bankomat. Agata nie wiedziała. Weszła na kartę FitProfit, ale to, co przekroczyła ponad 45 minut musiała dopłacić.

Ja po kilkunastu minutach wracam uzbrojony w gotówkę. Buty, kurtka, kasa, szatnia, prysznic… Wchodzę na basen a tam, jeden ratownik na 5 pływających. Akurat były jakieś zajęcia dla dzieciaków, więc zanim zdążyłem przejść szerokość basenu minąłem ze 3 czy 4 ratowników. Wchodzę do wody i spokojnie płynę. Na końcu pierwszej długości podchodzi ratownik i… Tu drugi strzał: „Czepek! Czepki są obowiązkowe!”. Moja mina wtedy musiała przypominać wyraz twarzy człowieka, który właśnie zobaczył Jezusa szarżującego na białym jednorożcu. Pomyślałem tylko: „SERIO?! TERAZ?! Teraz, jak już jestem w wodzie, to… czepek?!”. Pomijam sensowność tego „prikazu”, pomijam wszystkich ratowników, którzy mnie minęli i nawet się nie zająknęli na temat czepka – skończyło się wyjściem z basenu. Wychodząc zwróciłem uwagę, czy ta informacja o czepku znajduje się gdzieś przed kasami i… Jest. Nie, nie chodzi o to, że jest w jednym zakamuflowanym miejscu. Ona jest WSZĘDZIE. W ogóle po wejściu do „Pingwina” można pierwsze 3 godziny spędzić na czytaniu rozmaitych komunikatów. Jest tego tyle, że normalny człowiek się wyłącza i przestaje je w ogóle zauważać.

Oddzielną historią są opryskliwe kasjerki, które pracują zdaje się za karę, w ramach prac społecznych, czy Bóg jeden raczy wiedzieć, za jakie grzechy.

Poirytowany wracam do domu i żalę się Agacie, że głęboki socjalizm, że ludzie jakby się zatrzymali 30 lat temu i w ogóle. Tak, usłyszałem klasyczne „a nie mówiłam?” ale okazało się też, że nie jest to odosobniony przypadek.

kuźnia1

Agata jeździ na basen 2 razy w tygodniu na treningi Kuźni Triathlonuna basen Orka na Woli. Podobno od września pływalnia przeszła we władanie miejskiej spółki „Aktywna Warszawa”. Nie wiem czy to zmiana tylko na papierze, ale trochę tak to wygląda. Tu również królują dozorcy i kasjerki – to oni są najważniejszymi osobami, szczególnie przed 7 rano. Zgodnie ze wskazaniem od trenera teoretycznie o 7:00 cała grupa powinna wchodzić do wody. W praktyce jest to dość trudne do wykonania, bo drzwi basenu są otwierane za pięć siódma.

Raz zdarzyło mi się być dużo za wcześnie, bo o 6:30. Był bardzo zimny, wietrzny poranek. Nie powiem, stanie na dworze, to ostania rzecz, o której marzyłam. Udało mi się wyprosić dozorcę, by pozwolił mi usiąść w poczekalni. Przypłaciłam to wysłuchaniem 10 minutowej litanii, na temat tego, żeby nie przyjeżdżać tak wcześnie, bo on nie może wpuszczać ludzi, bo potem kasjerki na niego krzyczą. Na szczęście wysłuchiwałam tego w cieple, więc nie wchodząc w dyskusję grzecznie przeprosiłam trzy razy i cierpliwie czekałam, aż wspomniana kasjerka przyjdzie do pracy, zrobi sobie kawę, makijaż i o 6:57 łaskawie pozwoli wejść do szatni na basen. Dwa dni później nie było już tego pana. Był inny, który z kolegami z drużyny siłował się na przeciąganie drzwi o 6:50 „Bo jeszcze nie można wchodzić”. Paranoja.
~Agata

Warszawskie pływalnie i ich mentalność rodem z PRL. Paweł długo mi wmawiał, że jestem przewrażliwiona, ale w weekend sam…

Posted by Wybiegane on Sunday, October 18, 2015

Można by rzec, że przecież są inne baseny, nikt nie każe nam chodzić właśnie na te. I owszem, jeśli tylko możemy, to chodzimy np. na Potocką gdzie jest fantastyczna miła i uczynna obsługa, człowiek czuje się tam jak gość, a nie jak intruz. Albo na Warszawiankę, gdzie ceny są kosmiczne, ale na kartę Fit Profit można wejść na 1,5 godziny, a nie na 45 min (od bramki do bramki), jak w Pingwinie i popływać na 50 m basenie. Dlaczego więc tak się męczymy? Bo Pingwin jest 2 bloki od domu, a Orka na przeciwko Agaty pracy. W domu, w którym każda godzina jest optymalizowana, to dość istotne czynniki.

Cieszę się, że samorządy choć trochę przykładają się do dostępności obiektów sportowych. Fajnie, że dzieciaki w ramach lekcji WF-u uczą się pływać. Fajnie, że są te mityczne już Orliki, choć szkoda, że nadal nie ma kompletnie obiektów lekkoatletycznych. Dziwi mnie jedynie, że to wszystko nie może działać normalnie. Tu nawet nie chodzi o to, żeby te obiekty funkcjonowały na tzw. „wolnym rynku” (to jest bardziej złożony problem i nie czuję się na siłach rozpoczynać tej dyskusji). Chodzi raczej o to, aby unikać tej bylejakości (czyli braku jakości). To, że obiekt nie musi borykać się ze wszystkimi przykrymi konsekwencjami „wolnorynkowymi” przekłada się też, niestety, na totalną bezwładność i brak motywacji do jakiegokolwiek rozwoju, czy podnoszenia jakości świadczonych usług. Nie potrafimy zrozumieć od czego to zależy, że część pływalni, które należą do miasta jest prokliencka (Potocka, Polna) a część zatrzymała się w poprzedniej epoce i choćbyś chciał, nie przeskoczysz (Pingwin, Orka).


Photo Credit: Matuquev

Please wait...
Paweł Lipiec Opublikowane przez:

Kiedyś dość intensywnie trenowałem Kung-fu, jednak po dość długiej przerwie trudno było wrócić do treningów. Początkowo bieganie miało być drogą powrotną do sztuk walki, ale już po kilku miesiącach spodobało mi się tak bardzo, że nie zamierzam z biegania rezygnować.