Trenerzy życia – moja sportowa historia

Słyszę ostatnio od wielu osób, że są pod wrażeniem moich postępów, że nie spodziewali się, że w tak krótkim czasie można zrobić taki progres. Dlatego chcę Wam opowiedzieć moją sportową historię, która zapewne wyjaśni, dlaczego tak się dzieje.

Historię tę chcę opowiedzieć przez pryzmat trenerów, którzy mieli wpływ nie tylko na to sportowe życie, ale chyba przede wszystkim na to, jakim człowiekiem jestem dziś. Tekst wyszedł wyjątkowo długi, więc dla mniej zainteresowanych wersja TL;DR: „Tak szybko robię postępy bo od 6 roku życia związana byłam ze sportem”. Dla tych, którzy dotrą do końca – niespodzianka – zapowiedź nowego wyzwania. Ale po kolei…

Następnym razem będzie lepiej…

Tato. Co prawda nie jest trenerem z wykształcenia, ani nawet pasji, ale to on zaszczepił we mnie miłość do sportu, motywował na każdym etapie treningów i przychodził kibicować mi na zawodach. Nauczyłam się od niego przede wszystkim tego, że nie ma rzeczy niemożliwych, że facet nie jest dla mnie żadną konkurencją (notorycznie kazał mi się ścigać na basenie ze starszymi i wyższymi chłopakami – czasami wygrywałam ;)).

Nie wszystko było jednak tak różowe, jakby mogło się zdawać – to, czego mnie nie nauczył, to przegrywania oraz radości z małych zwycięstw. A przecież nie ma nic ważniejszego dla dziecka, które startuje w zawodach niż „Jestem z Ciebie dumny” bez względu na wynik. Ja słyszałam raczej „Następnym razem będzie lepiej”. Pamiętajcie o tym, zachęcając swoje dzieci do sportu. Te gorzkie lekcje mocno podważyły moje poczucie wartości na wiele lat… Ale to temat na inny wpis.

By dobrze zakończyć ten wątek powiem tyle – w wieku 33 lat, dokładnie miesiąc temu, kiedy ukazał się ranking Brief „Kreatywni w biznesie” po raz pierwszy w życiu usłyszałam to, na co czekałam tak długo – „Jestem z Ciebie dumny”. Dziękuję, Tato.

W klasycznym stylu

Kiedy kończyłam przedszkole rodzice zapytali mnie, czy chcę iść do szkoły sportowej. Dość odpowiedzialna decyzja jak na 6-latkę :) ale z racji braku alternatywy i niewielkiej świadomości na temat tego, co to tak naprawdę oznacza, trafiłam do klasy pływackiej.

Pływać oczywiście nie umiałam, co było dość frustrujące, biorąc pod uwagę, że połowa dzieci w klasie już utrzymywała się na wodzie, a niektóre potrafiły przepłynąć cały basen! Podzielono nas więc, po jakimś czasie, na dwie grupy – pływającą i tę, która się dopiero uczy. By dostać się do tej lepszej, pływającej grupy trzeba było zrobić prostą rzecz – przepłynąć basen bez łapania się za linę. 1,5 roku i kilka sprawdzianów na odznakę „już pływam” później przyszedł dzień, kiedy po prostu wskoczyłam do wody i przepłynęłam żabką całe 25 m.

To, co się w tym momencie wydarzyło pamiętam do dziś. Trener wyciągnął wszystkich z wody, ogłosił, że oto Agata przepłynęła cały basen tym samym „awansuje” do grupy pływającej. Cała klasa biła mi brawo, a ja czułam się jakbym co najmniej zdobyła olimpijskie złoto. Ja, Agata, lat 8. Pamiętam, jakby to było wczoraj.

Prowadziło nas dwóch trenerów – Józef i Tomasz Malscy. Praca z trenerem Józefem była trudna z perspektywy dziecka – kazał nam biegać po stadionie tak daleko – całe 400 m w kółko (!), chodził po basenie z długą rurą i klepał nią po rękach kiedy chcieliśmy złapać linę i zawsze tę rurę zabierał, kiedy próbowaliśmy ją złapać skacząc do wody. Dziś wiem, że nauczył mnie przede wszystkim tego, że jeśli ciężko pracujesz i trenujesz, to prędzej czy później zaprocentuje. Trener Tomek był wtedy młodym trenerem, świeżo po studiach i pamiętam, że zawsze chcieliśmy mieć z nim zajęcia bo był sympatyczniejszy i zawsze na koniec treningu pozwalał nam się powygłupiać na płytkiej wodzie :) Dziś ma na swym trenerskim koncie wielu Mistrzów Polski juniorów i późniejszych Mistrzów Polski seniorów.

Po miesiącu od pamiętnego dnia, kiedy przepłynęłam cały basen trenerzy zrobili mały test – zestawili mnie z najwyższym i najszybszym w stylu klasycznym chłopakiem w klasie i poprosili żebyśmy przepłynęli 50 m jak najszybciej umiemy. Co ciekawe nie padło tam słowo o rywalizacji, czy ściganiu się ze sobą. Przedstawili to w taki sposób, że w ogóle nie odczułam tego jako sprawdzianu formy. Dlaczego o tym piszę?… Pewnie się domyślacie. Dlatego, że wygrałam ten pojedynek o długość dłoni. Dla trenerów był to znaczący sygnał. Niestety, nie podzielili się nim ani ze mną, ani jak sądzę z moimi rodzicami. Dlatego pod koniec 3 klasy rodzice zdecydowali, że w związku z przeprowadzką zmieniam szkołę i nie będę już pływała. Kiedy pod koniec roku szkolnego poszłam pożegnać się z trenerami zaskoczyła mnie złość trenera Józefa. Powiedział wtedy coś w stylu „a ja w Tobie takie nadzieje pokładałem…”

Po blisko dwudziestu latach w zupełnie innych okolicznościach spotkałam trenera Tomka. Zaskoczyło mnie, że po tylu latach, poznał mnie, mało tego, siedząc w gronie najlepszych polskich trenerów (trwały właśnie w Drzonkowie jakieś mistrzostwa w pływaniu) powiedział – „A to jest Agata, moja najbardziej niespełniona sportowa nadzieja, gdyby tylko nie zrezygnowała z pływania mogłaby być Otylią stylu klasycznego”. Niestety Otylią nie zostałam… chciałam za to zostać… Piotrem Gruszką, albo Małgosią Glinką ;)

image

Nadzieja

Rozłąka ze sportem nie trwała długo. Po roku przerwy, w nowej szkole, trafiłam do SKS-u i zaczęłam trenować siatkówkę. W 5-tej klasie uczyłam się odbijania piłki, poznawałam zasady gry, na boisko raczej trudno było wejść, bo grały zazwyczaj starsze dziewczyny, ja grzałam ławę. W 6 klasie przez kontuzję jednej z dziewczyn udało mi się wejść na boisko i… nie zeszłam już z niego. W 7 klasie chodziłam na treningi z chłopakami, bo dziewczyny bały się mojej zagrywki. W 8-mej trafiłam na treningi do liceum. Tego, w którym chciałam się uczyć. Ale okazało się, że swoje siatkarskie miejsce znalazłam w „konkurencyjnym” liceum sportowym.

Tam, pod wodzą trenera Ryszarda Andruszkiewicza, przez 4 lata poznałam, co to znaczy ciężki trening i przekraczanie własnych granic. Że siatkówka to nie tylko klepanie piłki, ale trening obwodowy (dziś tak rozsławiony pod hasłem crossfit – szczerze nie cierpiałam tych stacyjek, a jednocześnie po tych treningach wychodziłam najbardziej zadowolona), to skakanie ze sztangą na milion różnych sposobów, to miliony brzuszków i tysiące pompek, to bieganie po głębokim piachu w 30 stopniowym upale i wiele wiele innych tortur mających dać efekt na boisku.

Trener Andruszkiewicz był kolejnym szkoleniowcem z trudnym charakterem, szorstkim podejściem do treningu, ale jednocześnie z sercem na dłoni, kiedy potrzebna była jakakolwiek pomoc. To nie było łatwe wyzwanie, by poskromić 16 nastolatek w czasie największego buntu. On zrobił z nas rodzinę, bo drużyna, to za mało powiedziane.

Przez 4 lata szkoły średniej w hali sportowej spędzałyśmy więcej czasu niż we własnych domach. To on wymyślił moją ksywę, którą wspominam z rozrzewnieniem do dziś – „Nadzieja”. To tu nauczyłam się co znaczy praca zespołowa, że w sytuacji, kiedy wszystkie trybiki ze sobą współgrają nic nie może stanąć na drodze do sukcesu, ale wystarczy, że jeden zacznie szwankować a praca wszystkich idzie na marne. To trener pokazał mi, że nie warto iść na skróty i że to, co siedzi w naszych głowach determinuje nasze wyniki na boisku. Że nasze wyobrażenie o swoich możliwościach jest w strefie komfortu, a wyczyn i wynik to przekraczanie jej i przesuwanie na każdym treningu. Dziękuję za te doświadczenia, od wielu lat w pracy czerpię z nich garściami. I dziękuję Wam dziewczyny, do dziś te 4 lata to najlepiej wspominany przez mnie okres życia.

Hej, AZS!

Na studiach poznałam co oznacza radość i bawienie się sportem. To tam łączyłam treningi siatkarskie z działalnością sportową w AZS. Współpracowałam z wieloma trenerami i świetnymi pedagogami – Lechem Kleczewskim, Tomkiem Grzybowskim, Tomkiem Paluchem i ś.p. Leonem Probużańskim. To dzięki temu ostatniemu zostałam wiceprezesem zielonogórskiego klubu i zaczęłam pisać do Akademickiego Przeglądu Sportowego. Ta z kolei współpraca otworzyła mi drzwi do późniejszej pracy dziennikarza sportowego i do sportowego świata przez duże „S”. Tu największe podziękowania należą się Halinie Hanusz i Bartłomiejowi Korpakowi – moim przewodnikom i dobrym duchom AZS-u.

Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, ale w AZSie najbardziej pociągało mnie to, że gdziekolwiek nie pojechałam, nawet na szkolenie gdzie byłam sama i nikogo nie znałam, to zawsze trafiałam na fantastycznych, otwartych, wesołych i pozytywnie zakręconych ludzi. To dzięki AZS-owi nawiązałam znajomości z ludźmi z całej Polski i do dziś wiem, że jeśli będzie taka potrzeba, to śmiało mogę się do nich odezwać. Na pewno pomogą. Dziś wiem, że właśnie tak działa sport. Dla nas – uzależnionych od endorfin, podbitych młodzieńczą beztroską – świat nie miał żadnych granic.

Ta pozorna zabawa przyniosła doświadczenia organizacji imprez sportowych na kilka tysięcy osób, prowadzenia rozgrywek uczelnianych, czy typowo reporterskiej obsługi Akademickich Mistrzostw Polski w Grach Zespołowych – największego turnieju sportowego dla ligowych drużyn występujących pod sztandarem AZS-u. Wiecie, że ankiety do mojej magisterki wypełniały takie gwiazdy jak: Paweł Zagumny, Marcin Możdżonek (wówczas – w 2004 roku – odkrycie turnieju), Marcin Nowak, Michał Bąkiewicz i reszta ówczesnego składu PZU AZS Olsztyn. Takie cuda działy się tylko na AMP-ach.

Time-out

Po studiach zaczęła się praca i sport odstawiłam na 10 lat na bok. Przez ten czas sportową rywalizację zamieniłam na wspinanie się po stopniach kariery zawodowej. Nie ukrywam, udało mi się sporo osiągnąć, jednak brakowało mi tych endorfin, tej oczyszczającej możliwości zmęczenia się, która sprawia, że problemy odchodzą na bok. Cieszę się, że po trzech latach myślenia o powrocie do aktywności i roku prób, udało się znaleźć nową sportową miłość.

Dzięki bieganiu znów poczułam to oczyszczające zmęczenie i odkryłam coś nowego – po raz pierwszy uprawiam sport indywidualny (pływanie traktowałam jako drużynowe, bo zawsze trenowałam z kimś lub w drużynie). Ta indywidualność pokazała mi, że dzięki bieganiu mogę nie tylko się zmęczyć, ale i poukładać sobie w głowie wiele rzeczy. Wsiąkłam na dobre. I właśnie połączenie tych wszystkich rzeczy – pamięci mięśniowej, nawyku trenowania wykształconego przez lata i pracy od kilku lat przy projektach biegowych stworzyło warunki do tego, by to wszystko eksplodowało.

image

One, two, TRI…

W ostatnich miesiącach poznałam wiele fantastycznych osób, które przypomniały mi ten młodzieńczy entuzjazm z czasów AZS-u. I tu dochodzimy do końca i jednocześnie nowego początku tej historii. Nieopatrznie na blogu RunEat pod jednym z wpisów Łukasza przyznałam, że od dawna marzę o triathlonie. Choć było to wyznanie bardziej z gatunków – podziwiam triathlonistów odkąd jako nastolatka poznałam jednego z ówczesnych Mistrzów Polski – Grzegorza Sądla (jaki on był wtedy przystojny! ;)). I tak, wielokrotnie przeszło mi przez myśl, że fajnie by było się z tym kiedyś zmierzyć, bo w pływaniu czuję się dobrze, bieganie właśnie mnie wciągnęło, więc wystarczyłoby dołożyć do tego rower…

„Uważaj o czym marzysz, bo jeszcze się spełni!”. W sobotni wieczór Łukasz poprosił mnie o sprawdzenie maila. Na skrzynce znalazłam to:

zgłoszenie

I hashtag: #ifyoucandreamityoucandoit

Tym samym przedstawiam Wam mojego nowego „trenera” (tak wiem, że Łukasz nie jest trenerem i bardzo się wzbrania przed określaniem go w ten sposób), ale jeśli rzuca takie wyzwanie, to ja je podejmuję! Pod jednym warunkiem, że weźmie za to odpowiedzialność do końca i przygotuje mnie do tych zawodów.

To jak, będziecie trzymać kciuki?

Let the dreams come true!

No votes yet.
Please wait...
Agata Lipiec Opublikowane przez:

Bieganie zmieniło moje życie. Bieganie zmieniło mnie. I to nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie. Czuję się silniejsza, bardziej atrakcyjna i pewniejsza siebie. Tę całą drogę i tę, która jeszcze przede mną znajdziesz na tym blogu.

  • Lukasz Remisiewicz

    działamy :-)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Nie ma że boli, trenerze ;)

      No votes yet.
      Please wait...
  • no pewnie, że będziemy trzymać!

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Dzięki, jeszcze chyba nie wiem na co się porywam, ale kciuki bardzo się przydadzą :)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Artur Kaliś

    Nadzieja…piekny wpis. Dal mi duzo do myslenia.

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Dzięki Artur, mi też :) fajnie było wrócić do tych wspomnień i doświadczeń i spojrzeć na wszystko dorosłym okiem ;)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Agata i znowu mnie zaskoczyłaś. :) Trzymam kciuki za triathlon.

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Dzięki Kasiu, jesteście moją najlepszą motywacją ;)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Niby długi tekst ale czyta się z zapartym tchem! Powodzenia w tym triathlonie – to już zupełnie nie dla mnie bo ja do dziś nie czuję się pewnie na rowerze ;)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Asiu, dzięki za kciuki. Oczywiście że to nie dla każdego, być może okaże sie też że nie dla mnie, ale jak spadać to z wysokiego konia ;)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Pingback: #Drogadozdrowia: raport po 4 miesiącach()

  • Pingback: Jak żyć, czyli krótka historia o ludziach()

  • Pingback: Technika czyni mistrza()

  • Pingback: Totalna katastrofa ze spektakularnym sukcesem, czyli mój debiut w TRI()

  • Pingback: Skutki uboczne, czyli jak sport zmienia myślenie?()

  • Agnieszka Pietrzyk

    Pamięć mięśniowa – jak wyjęte z mojego ostatniego wpisu :) mam bardzo podobne doświadczenia. To na co zapracowaliśmy sobie w dzieciństwie, teraz procentuje. ;)
    Moje wypociny można znaleźć tutaj http://biegiemdolodowki.pl/psychologia-sportu/akcja-motywacja-1-sport-niczym-mycie-zebow-czyli-co-zrobic-zeby-weszlo-w-krew/

    No votes yet.
    Please wait...
  • Jejku, miałaś bardzo sportowe dzieciństwo! Ja niezbyt miło wspominam sport w okresie szkolnym, zawsze uważałam się za sierotkę z kiepską koordynacją ruchową i z zazdrością patrzyłam na wysportowanych rówieśników… A teraz? Myślę że jest odwrotnie i niejedna osoba zazdrości mi sprawności którą zdobyłam zupełnie sama, bez trenera, tylko i wyłącznie ciężką pracą :) A triathlonu zazdroszczę ogromnie! Może jak nauczę się pływać, to się skuszę… W końcu nie ma rzeczy niemożliwych, prawda? :)

    No votes yet.
    Please wait...