Skutki uboczne, czyli jak sport zmienia myślenie?

Od 5 stycznia minęło pół roku. To pół roku zmieniło moje życie nie tylko pod względem sportowym i fizycznym, ale też, a może przede wszystkim, pod względem psychicznym i emocjonalnym. Coś się zmieniło w mojej głowie i w moim myśleniu.

To niesamowite jak jedna zmiana pociąga za sobą inne, jak wszystko łączy się w całość, a ty nagle zaczynasz dostrzegać większy sens tego wszystkiego, a przynajmniej zaczynasz się nad nim zastanawiać.

Jak wiecie, bo pisałam o tym już wielokrotnie, 5 stycznia 2015 roku powiedziałam sobie dość i postanowiłam schudnąć. Ta, z pozoru banalna decyzja, zaprowadziła mnie w miejsca o których wtedy, 5 stycznia w życiu bym nie pomyślała. Moim celem było pozbycie się nadwagi, a motywacją – dorównanie mężowi w formie i odzyskanie akceptacji siebie. Tego jak wyglądałam pod koniec zeszłego roku nie akceptowałam już od dawna.

Zaczęłam od biegania na bieżni i zmian w diecie. Po miesiącu żywienia się „na czuja” i spalaniu mięśni zamiast tłuszczu zaufałam dietetykowi, by robić to bardziej z głową. Nie myślałam wtedy o żadnych startach. Najważniejszym celem była utrata wagi.

W lutym trafiłam na informacje o biegu pamięci Żołnierzy Wyklętych i po prostu musiałam wziąć w nim udział. Pojawienie się takiego realnego celu (5 km), z konkretnym terminem (za miesiąc) spowodowało, że zeszłam z bieżni i mimo 10 stopni mrozu zaczęłam biegać po dworze wydłużając dystans tak, żeby przed zawodami choć raz pokonać te 5 km. Potrzebowałam tego, by mieć komfort psychiczny, że dam radę (mam tak z każdym dystansem). Udało się! Nie, nie udało się, zrobiłam to! Pierwszego marca, dwa miesiące po wstaniu z kanapy przekroczyłam metę swojego pierwszego biegu.

Po kolejnym miesiącu biegania poczułam, że dam radę przebiec 10 km. Zrobiłam to po mich rodzinnych zielonogórskich lasach i było to cudowniejsze uczucie niż przekroczenie jakiejkolwiek mety zawodów. Tylko ja i las. Równy rytm i poczucie, że możesz biec i biec. Tak naprawdę zrobiłam wtedy 12 km i wróciłam do domu tylko z rozsądku, bo nie znałam swojego organizmu na tyle, by wiedzieć kiedy powie „dość, teraz to przesadziłaś”.

image

Później był start w Łodzi na 10 km, podczas którego popełniłam wszystkie możliwe błędy początkującego biegacza:

  • dałam się nakręcić na wynik, który w tym momencie był jeszcze dla mnie nieosiągalny;
  • zdecydowałam się biec z zającem, by osiągnąć ten wynik, zamiast słuchać własnego organizmu (i nie chodzi tu o to, że Edwin zrobił coś nie tak, bo spisał się na medal i jestem mu bardzo wdzięczna za to doświadczenie. Dużo mnie ono nauczyło);
  • biegłam bez wsparcia najbliższych (wiem, że miałam je na odległość, ale to nie to samo). Po biegu, kiedy Edwin pojechał, bo spieszył sie do Pauliny, a ja zostałam sama w obcym mieście z obcymi ludźmi i nie miałam z kim cieszyć się tą chwilą i tym sukcesem zrozumiałam, że to kompletnie bez sensu. Największą frajdą osiągania jakichkolwiek sukcesów jest możliwość dzielenia się nimi i świętowania z najbliższymi i przyjaciółmi.

To wtedy postanowiłam, że nigdy więcej nie chcę startować z myślą o wyniku, którego nie jestem pewna. Wolę oszacować swoje możliwości na podstawie osiągnięć z treningów i pozytywnie zaskoczyć się rezultatem na mecie (wiadomo, że adrenalina i emocje towarzyszące startowi zawsze bardziej nas niosą), niż mieć poczucie, że coś się nie udało, że nie sprostałam zadaniu, że przegrałam sama ze sobą.

Czy to oznacza, że stawiam sobie mniej ambitne cele? Czy idę na łatwiznę? Nie. Po prostu realnie oceniam swoje szanse. Zabijanie się o wynik po 4 miesiącach biegania może doprowadzić do dwóch rzeczy: kontuzji lub zniechęcenia. Jeśli myślisz o czymś w dłuższej perspektywie, nawet nienazwanej, niezmaterializowanej, ten konkretny start jest tylko drogą do czegoś większego, a nie celem samym w sobie. Jeszcze przyjdzie czas na to, by złamać godzinę na 10k, nie trzeba tego robić za pierwszym razem.

Dlaczego tyle o tym piszę? Bo z perspektywy czasu uważam to doświadczenie za jedno z cenniejszych w kategorii myślenia o moich treningach i startach. To dzięki niemu zupełnie inaczej dwa miesiące później podeszłam do swojego startu w triathlonie (traiathlonie?! Skąd nagle to szaleństwo?). Wciąż uważam to za nierozważny wybryk przyjaciela, który zdecydował za mnie i zapisał na ten start, mimo, że kompletnie nie czułam się na siłach, nie wyobrażałam sobie startu w tak trudnej dyscyplinie i mówienie, że dystanse są krótkie, że każdy da radę to zrobić z marszu, że to ma być tylko zabawa – na niewiele się zdało. Kiedy pierwszy szok i panika opadły, a ja przetrawiłam to postawione przede mną wyzwanie, nie pozostało nic innego jak wziąć się do pracy. Nie, nie dlatego żeby zostać mistrzem świata w triathlonie, nie dlatego, żeby osiągnąć jakiś wynik – moim celem było zyskanie pewności, że dam radę to zrobić tak, jak na tę chwilę potrafię najlepiej. Zyskanie pewności, że DAM RADĘ. Tylko tyle i aż tyle.

I kiedy przed startem wszystko było nie tak, jak bym chciała, nie spanikowałam. Nie napinałam się walcząc z rzeczami na które i tak nie miałam wpływu. Wystartowałam tak, jak chciałam – by dać radę dotrzeć do mety. I…? Wygrałam swoją kategorię wiekową!

image

Do dziś uważam, że ten sukces przyszedł niezasłużenie i o wiele za wcześnie. Nie byłam na niego gotowa. Potem zaczęłam się mocno nad tym zastanawiać – czy kiedykolwiek jesteśmy gotowi na sukces? Czy potrafimy go docenić? Dziś trafiłam na bardzo mądry cytat:

„Nie będziesz wygrywał, jeśli nie nauczysz się przegrywać, bo strach przed porażką paraliżuje i pochłania mnóstwo energii. Jeśli boisz się przegrać, to nie wygrasz”
~Glen Mills, trener Usaina Bolta.

I to moje pierwsze zwycięstwo odbieram właśnie jako takie doświadczenie. Choć przyniosło ono kolejną lekcję – umiejętność znoszenia porażek i wyciągania z nich wniosków na przyszłość to jedno. Umiejętność radzenia sobie z sukcesem, to zupełnie coś innego. Nie znałam wcześniej tego uczucia, zaskoczyło mnie ono i chyba jeszcze do końca je przepracowałam, ale wiem, że ono też wydarzyło się po coś.

W ogóle zauważyłam, że ja ten swój sport zaczęłam mocno analizować w kontekście emocji. Że to zmaganie się ze sobą i przekraczanie barier, mniej jest dla mnie wyzwaniem w sensie fizycznym (choć zaskakuje mnie jak bardzo nie znam i nie doceniam swoich możliwości), bardziej w sensie tego, co się dzieje w mojej głowie i dokąd mnie to prowadzi. Bo to nie jest tylko kwestia sportu, to już zaczyna wkraczać głębiej w moje życie. Kiedy widzę jak stawianie sobie celów tych krótko i długo okresowych wpływa na ich realizację. Kiedy już wiem, że najtrudniej jest zacząć, a potem już wszystko prowadzi nas tam, gdzie chcemy dotrzeć. Pojawiają się pytania – Dokąd zmierzam? Co chcę osiągnąć w życiu? Czy nie zadowalam się półśrodkami? Gdzie chcę być za rok, a gdzie za pięć lat? Co ma być priorytetem, a co drugorzędną drogą do czegoś ważniejszego? I czy nie za dużo w tym wszystkim „ja”?

Podobno tylko 5% ludzi potrafi wytrwać w postanowieniu i osiągnąć swój cel. Wszystko zależy od motywacji, jaka nami kieruje. Jestem w tych 5 procentach. I chcę iść dalej tą drogą. Dokąd mnie doprowadzi?… Dokąd zaprowadziła was?

alt
źródło: Focus Ekstra – Fit & forma – maj-czerwiec2015

If you can dream it, you can do it.

No votes yet.
Please wait...
Agata Lipiec Opublikowane przez:

Bieganie zmieniło moje życie. Bieganie zmieniło mnie. I to nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie. Czuję się silniejsza, bardziej atrakcyjna i pewniejsza siebie. Tę całą drogę i tę, która jeszcze przede mną znajdziesz na tym blogu.

  • Wojciech Kołacz

    Bardzo fajny wpis, który pokazuje jaką drogę już „przebiegłaś” i gdzie jeszcze możesz zabiec.
    Dla mnie myśl całości na medal:
    „a ja zostałam sama w obcym mieście z obcymi ludźmi i nie miałam z kim cieszyć się tą chwilą i tym sukcesem zrozumiałam, że to kompletnie bez sensu. Największą frajdą osiągania jakichkolwiek sukcesów jest możliwość dzielenia się nimi i świętowania z najbliższymi i przyjaciółmi.”
    Zgadzam się w 100%!! I to nawet nie sukcesy się liczą, a samo ukończenie – jak np. ja w Barcelonie. Nie uzyskałem zakładanego w głowie czasu, ale dałem z siebie wszystko, spełniłem jakieś marzenie, dotrwałem w zdrowiu, a na mecie mogłem się tym cieszyć razem z moją ukochaną, która z uśmiechem na twarzy i łzami w oczach czekała na mnie jak na zwycięzce! :)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Dokładnie Wojtek tak jak piszesz, dla mnie sukcesem jest każde dotarcie do mety ;) stąd taki skrót myślowy ;) I gratuluje tej połówki, dobrze, że w końcu napisałeś tę relację, rozmarzyłam się czytając ;)

      No votes yet.
      Please wait...
      • Wojciech Kołacz

        Hehe dziękuję, w jakiś sposób – było, minęło. Jakoś może z perspektywy gorzej to opisałem niż by to było na gorąco, ale widocznie tak miało być. Kiedyś zamarzyłem, zacząłem kombinować, aż zrealizowałem cel… sky is the limit ;)

        No votes yet.
        Please wait...
        • Agata Lipiec

          To co teraz? Jakie kolejne marzenie? Pełny IM?

          No votes yet.
          Please wait...
          • Wojciech Kołacz

            Póki co z marzeń to rzeczywiście pełny IM. Zapowiada się, że ponownie wyląduje w Barcelonie. Ad. 2016 :)

            No votes yet.
            Please wait...
  • trzymam kciuki za dalsze sukcesy! go on!

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Dzięki Agata, ja za Twoje też! ;)

      No votes yet.
      Please wait...
      • Ty idziesz jak burza, u mnie bardziej się sprawdza metoda małych kroczków :)

        No votes yet.
        Please wait...
        • Agata Lipiec

          Ważne że do przodu ;)

          No votes yet.
          Please wait...
  • Lama

    Trzymam za Ciebie kciuki. Motywujesz :)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Dzięki ;) cieszę się, że to tak działa

      No votes yet.
      Please wait...