Ten medal jest mój! Relacja z 5150 Warsaw

Jeszcze tylko dwa zakręty i już. Koniec. Wbiegnę na tę czarną wykładzinę i będę się cieszyć jak dziecko. Zrobiłam to! Dałam radę! Jeszcze tylko parę metrów…

Niedzielny poranek przywitał mnie słońcem i już wiedziałam, że wszystko będzie dobrze. Sobotnia panika, o której pisałam w pierwszej części relacji, ustąpiła. Pojawił się spokój, wyciszenie i zadanie do wykonania.

1,5 km pływania w Zalewie Zegrzyńskim,
40 km kręcenia na rowerze w drodze do Warszawy
i 10 km biegu.

Już nie zastanawiałam się nad tym, czy dam radę. Skupiłam się na tym, jak to zrobić.

przed zawodami
Rano był już tylko spokój i zadanie do wykonania.

O 6:30 zameldowałam się przy placu Teatralnym skąd ruszały autobusy nad Zegrze. W uszach moja skrupulatnie dobrana playlista z muzyką motywacyjną „przed startem”. „To jest ten dzień, to jest ta chwila” słyszę w słuchawkach i wiem dobrze, że tak właśnie jest. W głowie jeszcze raz powtarzam sobie sekwencje do wykonania w strefach zmian.

T1 – wziąć worek z wieszaka, wbiec do przebieralni, kask na głowę, potem skarpetki i buty, żele do kieszeni na plecach, wrzucić worek z czepkiem i okularami do kontenerów i biec po rower. Z rowerem podbiec do belki i w drogę.

T2 – odstawić rower (moje miejsce po skrajnie prawej stronie na wysokości ToiToia), zabrać worek, zdjąć kask, założyć czapeczkę, zabrać izotonik, oddać worek i w drogę.

Chyba wszystko jasne. Irytujący fakt, że wszystkie rzeczy trzeba było zostawić dzień wcześniej i o wszystkim pomysleć zawczasu, teraz układa się w logiczną całość. Tak jest łatwiej, sprawniej. Organizatorzy dobrze to przemyśleli.

Oddaję resztę rzeczy do depozytu i ruszam na plażę. Dobrze spotkać kilkoro znajomych. Rozmowa pozwala zapomnieć o rosnącej adrenalinie przedstartowej. Każdy zgodnie powtarza „niech to już się zacznie”, „najgorsze jest czekanie”.

fot: www.sportografia.pl www.sportevolution.pl
fot: www.sportografia.pl www.sportevolution.pl

Czekanie na pływanie

Punktualnie o 9:00 wystartowali zawodnicy PRO. Dwie minuty po nich zawodniczki z tej samej kategorii. Po nich pora na moją grupę – wszystkie kobiety i mężczyźni 18-24. Start zaplanowany na 9:10. Ustawieni w strefie startowej czekamy na sygnał sędziego. Zamiast tego pojawia się, najpierw w tłumie, potem w komunikacie spikera, informacja, że start będzie opóźniony o pół godziny. Pada określenie „ze względów bezpieczeństwa”. Zaczynam się zastanawiać, czy może któremuś z zawodników z czołówki coś się stało, ale na wodzie nie widać by ratownicy komuś pomagali. O 9:30 kolejny komunikat – jeszcze pół godziny opoźnienia. Napięcie zaczyna rosnąć. Sędzia główny tłumaczy, że w T1 policja znalazła podejrzany pakunek. Wezwali saperów. Czekamy.

w oczekiwaniu na start
fot: www.sportografia.pl www.sportevolution.pl

O 10-tej kolejny komunikat, że czekamy na oficjalne potwierdzenie, ale prawdopodobnie za kilka minut ruszymy. 10:06 sygnał startowy i wreszcie wybiegamy do wody.

Pierwsze 100 m musimy biec, bo wody jest zaledwie po kolana. Trudno biec, ale za płytko, by płynąć. Po minięciu drugiej bojki startowej zaczyna się regularny wyścig. Próbuję w tym tłumie znaleźć dogodny tor dla siebie. Nie jest łatwo. Do najbliższej bojki trwa walka o przetrwanie w tłumie. Na tym odcinku mamy po prostej do pokonania 500m – 5 żółtych bojek wyznacza każde 100 m. Ostatniej jeszcze nie widać, dzielę więc dystans na odcinki „byle do najbliższej bojki” i próbuje złapać swoj rytm. Po ok 300 m czuję na plecach zbliżającą się falę – to zawodnicy z kolejnej grupy nas doganiają. Próbuję płynąć z tą falą, a jednocześnie muszę zwolnić bo robi się bardzo tłoczno. Przy 5 boi zakręt w prawo – tu znów ścisk, sporo kopnięć i straszna „pralka”. Kolejna boja i znów w prawo – zawracamy.

przed startem
fot: www.sportografia.pl www.sportevolution.pl

Zostaje długa prosta na ok 700 m. Znów nie widać końca, wiec skupiam się na najbliższym odcinku. Zaczynam czuć zmęczenie w rękach i pocieszam się, że to nie nogi, bo one mają dziś jeszcze sporo do zrobienia. Po ok. kilometrze widzę kolejny kolor czepków – dogania nas następna grupa. Szcześliwie pojedyncze osoby, więc nie jest tak tragicznie. Koło mnie dziewczyna płynie podobnym tępem, „uczepiam” się jej i płynę równo za nią. Tak jest łatwiej, zwłaszcza psychicznie. Przy ostatniej bojce zakręt w prawo i ostatnia prosta do wyjścia. Pamiętam żeby płynąć najdalej jak się da, bo to szybsze od biegu w wodzie. Wychodzę. Przełączam zegarek – 36 min. Super. Mam już 15 min zapasu. T1 idzie sprawnie, zgodnie z planem i po 5 minutach siedzę na rowerze.

Kręć Agata, kręć!

Zawsze kiedy ze swojego roweru przesiadam się na szosówkę Pawła mam wrażenie, że to łatwizna, że ten rower sam jedzie. Przez pierwsze 10 km jest przyjemnie i pięknie – las, pusta droga, od czasu do czasu mija mnie jakiś zawodnik. Możliwość jazdy po zamkniętym asfalcie, gdy nie musisz bać się mijających samochodów to wielki luksus. Jadę średnio 30 km/h, z górki szybciej, ale bez ciśnienia – jeszcze sporo przede mną, a nie pamiętam kiedy pokonałam taki dystans na rowerze.

Rower Pawła po raz kolejny ułatwił mi start w zawodach.
Rower Pawła po raz kolejny ułatwił mi start w zawodach.

Widzę ogromną różnicę miedzy sobą a mijającymi mnie zawodnikami. Zazdroszczę im lekkości i prędkości. W połowie dystansu, gdy przejeżdżamy przez podwarszawskie miejscowości pojawiają się pierwsi kibice. Kobieta w takim wyścigu zawsze dostaje więcej wsparcia, więc macham do wszystkich, którzy dobrym słowem motywują mnie do dalszej drogi. Nie pamiętam już w którym miejscu, ale porozstawiane co kilkaset metrów harcerki z gwizdkami były ogromnym wsparciem. Ich doping w tamtym momencie dodawał sił, których powoli zaczynało brakować. Nogi jak zahipnotyzowane rytmicznie naciskały na pedały, ale w głowie pojawiały się pierwsze oznaki zmęczenia. Czas na żel. I znów długa prosta. Jesteśmy już blisko Warszawy. Na którymś podjeździe mija mnie zawodnik z okrzykiem „Kręć Agata, kręć”. Dziękuję Ci dobry człowieku, trzeba mi było takiego kopa. Nie wiem czy się znamy, ale uratowałeś mi wtedy motywację ;)

Wjeżdżamy do Warszawy. Most Północny. Cała szerokość jezdni dla nas. Niesamowite! Mimo podjazdu robi się przyjemnie. Za chwilę szybki zjazd ślimakiem na Wisłostradę. Czuję się jak dziecko na karuzeli! Wow! Jedziemy! Już blisko! W duchu przepraszam wszystkich kierowców stojących w korku na jednym pasie, bo reszta jest wyłączona dla nas. Przygotowuję się psychicznie na ostatni rowerowy wysiłek jakim jest podjazd na Wenedów i Zakroczymskiej do Konwiktorskiej. Potem jeszcze ten straszny bruk przy Sądzie Najwyższym i już prawie jestem w T2.

Zasiadam z roweru i idę go odstawić. Idę, nie biegnę, bo muszę odzyskać czucie w palcach prawej stopy, które zdrętwiały mi gdzieś w połowie trasy rowerowej. Nie wyobrażam sobie, jak będę za chwilę biegła. Tego etapu bałam się najbardziej. Szcześliwie rower zajął mi ok 1,5 godziny więc mam czas – prawie 2 godziny do limitu. To pomaga. Wolontariuszki widzą mój numer i dokładnie wskazują miejsce na rower. Dziękuję, jeden stres mniej. Podchodzę do worków, kask zamieniam na czapeczkę i ruszam.

Gdyby nie kibice, nie skończyłbym tego biegu…

Pierwsze dwa kilometry trudno nazwać biegiem. Próbuję truchtać mając nadzieję, że nogi w końcu dostosują się do zmiany wysiłku. Jest gorąco. Patelnia. Prawie nie ma cienia. Dobiegam na Krakowskie Przedmieście. Co kawałek grupki kibiców i przechodnie. Rozpoznaję Magdę Sołtys z ekipą, ale zanim dociera do mnie, że to ona robię nawrotkę przy pomniku Kopernika. W głowie mam tylko – byle przetrwać. A tu jeszcze przede mną najwieksza atrakcja – Karowa! W dół jeszcze jakoś idzie. Strefa z wodą i kubek na głowę i kark dają chwilowa ulgę i trochę sił na dalszą walkę, ale koniec wydaje się tak odległy, że znów staram się skupiać na krótszych odcinkach. Byle do nawrotki, jestem na dole, widzę flagę 3 km i mam ochotę zacząć płakać, że dopiero tyle, a mam wrażenie jakbym była w połowie półmaratonu. Zaczynam pierwszy podbieg pod Karową. Na dole Mateusz Krogulec wzbija się na szczyty motywacji i dodaje sił na dobrniecie do pierwszego zakrętu. Na kolejnym zaczynam w myślach wyklinać na siebie – jakim trzeba być idiotą, żeby z własnej woli zmuszać się do dwukrotnego pokonywania tej piekielnej ulicy. Wbiegłam na górę, łyk wody, reszta na siebie i biegnę dalej – do Kolumny Zygmunta. Przechodnie z zaciekawieniem przyglądają się zawodom, a ja się zastanawiam, czy też nas biorą za kompletnych szaleńców. Nawrotka. Jaki jest sens biegać tak w tę i z powrotem? Już zaraz zakręt w Osolińskich i pierwsze kółko już prawie za mną.

Przy placu Piłsudskiego jakiś dobry człowiek stoi z bębenkiem i tłucze w niego rytmicznie – Boziu! Dzięki dobry człowieku Ten rytm jest jak zbawienie. Uderzenie za uderzeniem, noga za nogą zaczynam drugie okrążenie. Tak, graj dalej, nie przestawaj, to tak bardzo pomaga! I znów powtórka – Krakowskie do Kopernika (Magda znów krzyczy, żeby zasuwać), potem do Karowej, kubek wody na głowę, zbieg, prosta przez park, nawrotka, długa prosta Browarną, i znów Karową w górę (Mateusz: „Agata OZD!!! i do góry, zaraz koniec!”), dwa zakręty pod górę, butelka wody na głowę (dzięki wolontariusze!), Kolumna Zygmunta, nawrotka, skręt w Osolińskich i ostatnie metry do mety.

Już słyszę spikera, kibice witają na mecie kolejną osobę. Jeszcze tylko kawałek i już. Koniec. Wbiegnę na tę czarną wykładzinę i będę się cieszyć jak dziecko. Zrobiłam to! Dałam radę! Jeszcze tylko parę metrów. Przyspieszam. Jest! – ostatnia prosta do mety. Tak bardzo o niej marzyłam. Wraca uśmiech. Spiker krzyczy moje imię. Przybijam mu piątkę. Uśmiechnięci kibice stukają w bandy. Podnoszę ręce w górę i zalewa mnie fala szczęścia. Zrobiłam to!

Niemożliwe nie istnieje!

Ja naprawdę to zrobiłam!
Ja naprawdę to zrobiłam!

Czas 3:26:32P-00:36:01 / T1: 00:05:05 / R-01:32:09 / T2-00:02:03 / B-01:11:14

Dystans 51,5 km.

Wciąż w to nie wierzę!

P.S.

Dziękuję wszystkim, którzy choć jednym słowem, czy klaśnięciem, często nieświadomie dodawali mi sił na całej trasie. Dziękuje, bez Was to by się nie udało. Najbardziej jednak dziękuję Sport Evolution za umożliwienie mi spełnienie marzenia. To był dla mnie zaszczyt!

image

Rating: 5.0. From 1 vote.
Please wait...
Agata Lipiec Opublikowane przez:

Bieganie zmieniło moje życie. Bieganie zmieniło mnie. I to nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie. Czuję się silniejsza, bardziej atrakcyjna i pewniejsza siebie. Tę całą drogę i tę, która jeszcze przede mną znajdziesz na tym blogu.

  • Pingback: Porwałam się z motyką na słońce! 5150 Warsaw Triathlon #before()

  • Brawo!
    A za trzy tygodnie Bydgoszcz. :D

    No votes yet.
    Please wait...
  • Agata Lipiec

    Tak, od jutra wracam do treningu ;)

    No votes yet.
    Please wait...
  • Wojciech Kołacz

    Juhu ! Znowu radość idzie z relacji :) Po raz kolejny gratuluję :) Anything is possible! :)

    No votes yet.
    Please wait...
  • Kasia Marciniewicz

    Dzizasss czytałam w takich emocjach, że hej! raz jeszcze WIELKIE gratulacje. Jesteś kompletna wariatka, ale za to WIELKA, potrafisz przenosić góry! ogromnie się cieszę razem z Tobą :*)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Sama w to nie wierzę, ale okazuje się, że potrafię :)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Mój podziw dla Ciebie nie ma granic! Masz rację – anything is possible!

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Jak tylko naprawdę czegoś chcesz, to nie ma innej drogi jak ta wprost do celu :)

      No votes yet.
      Please wait...