Najpiękniejsze zakończenie sezonu ever – 2. PZU Cracovia Półmaraton Królewski

Nigdy nie czułam takiej radości jak wczoraj. Takiej prawdziwej euforii, kiedy biegniesz a uśmiech nie schodzi Ci z twarzy. To był mój najlepszy i najpiękniejszy za razem bieg. W dodatku debiut – 2. PZU Cracovia Półmaraton. Dziś mogłabym pobiec go jeszcze raz.

Wszystko zaczęło się w maju. Przyjechaliśmy rodzinnie na weekend do Krakowa, a ja miałam w planie treningowym 12 km spokojnego biegu. Pogoda była dżdżysta — leniwy, niedzielny poranek. Wyszłam biegać i… zakochałam się w tym mieście. To było moje pierwsze bieganie-zwiedzanie. Przebiegając przez Rynek, bulwarami nad Wisłą z widokiem na Wawel, czy przeciskając się wąskimi uliczkami Kazimierza postanowiłam, że chcę tu zadebiutować w półmaratonie. Miałam 5 miesięcy, przede mną były jeszcze triathlonowe debiuty i nie bardzo wierzyłam, że w tym czasie wypracuję taki progres. Ale któż zabroni mi marzyć?

Triathlonowe debiuty zaskoczyły mnie bardzo. W czerwcu wystartowałam w Płocku, w lipcu zrobiłam 1/8 IM w Bydgoszczy. Poza opisanymi emocjami zaskoczyło mnie przede wszystkim to, jak bardzo nie doceniam swoich możliwości. Bałam się jednak tego, że przecież dopiero w styczniu zaczęłam się ruszać i tak szybkie podnoszenie poprzeczki może skończyć się kontuzją. To dlatego boję się szarżować. Wychodzę z założenia, że lepiej odłożyć w czasie pewne starty i lepiej się do nich przygotować niż zrobić to za wcześnie i skończyć przygodę na kilka miesięcy.

Kiedy więc osiągnęłam tegoroczne cele triathlonowe przyszedł moment, kiedy trzeba było sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ten półmaraton robić w tym roku, czy jeszcze poczekać? Patrząc po obciążeniach treningowych już w sierpniu był on teoretycznie w zasięgu. Ale wyniki próby wysiłkowej pokazały, że o ile siłowo jest bardzo dobrze, to wydolnościowo jeszcze długa droga przede mną. Trochę mnie zaskoczyło, że jest tak źle, że zakresy są tak małe. Ale potem uświadomiłam sobie, że nigdy nie trenowałam sportów wymagających wysokiej wydolności. Owszem pływałam, ale w początkach szkoły podstawowej, a w siatkówce to właśnie siła i zwinność są ważniejsze, poza tym wysiłek nie jest tak jednostajny jak w bieganiu. Kiedy więc trener Grzegorz zalecił 3 tygodnie biegania na tętnie nie przekraczającym 152, najpierw myślałam, że się popaczę, a potem… pokochałam to wolne bieganie.

We wrześniu te treningi jeszcze były fajne, ale październik z całym tym jesiennym anturażem, z rozprężeniem po Pawła maratonie i ogólnym „niechcemisię”, wymagał ode mnie potrójnego samozaparcia, by dociągnąć ten plan treningowy do końca. Czułam, że mój organizm ma już dość tego sezonu. Po 10 latach przerwy tak intensywny rok musiał się odbić. Byłam zła, że zaczął się buntować na 3 tygodnie przed połówką i obiecywałam sobie, że po tym biegu robię przerwę regeneracyjną. Ta myśl pomagała mi wytrwać.

Ostatni tydzień przed połówką nie przypominał tych wcześniejszych przed debiutami. Zawsze byłam poddenerwowana, niepewna, żeby nie powiedzieć przerażona. A teraz nic. Spokój. Pewność, że sobie poradzę, że spokojnie dobiegnę. Aż zaczęłam się martwić, czy to nie brawura, czy podczas biegu nie zostanę sprowadzona na ziemię, czy nie dostanę takiego łomotu, że nie będę wiedziała jak się nazywam. Czy nie będzie jak w Łodzi… A jednak gdzieś tam wewnętrznie czułam po prostu, że będzie dobrze, że dam radę. I tylko wciąż nie mogłam zdecydować, czy biegnę na jakiś konkretny wynik, czy na luzie. Co ciekawe, dokładnie na odwrót niż zwykle serce podpowiadało, by się ścigać (ze sobą), a rozum, by delektować się tym biegiem, Krakowem i debiutem. Kompletnie nie potrafiłam też przewidzieć w jakim czasie dotrę do mety. Na podstawie treningów oceniałam, że optymalnie moim tempem (6:30-7:00) powinnam być na mecie w ok 2:20:00.

IMG_5693

Kraków – Stradonia – niespodzianki

W Krakowie wylądowaliśmy w piątek po południu. Korzystając z zaproszenia Stradonii rozgościliśmy się w pięknym apartamencie, tuż przy Wawelu. Lokalizacja urzekła nas podwójnie, bo okazało się, że gdzie i z kim byśmy się nie umówili, to wszędzie mieliśmy ok 800 m (no dobra, na start było dalej, ale zawodnicy startujący w półmaratonie mieli przez cały weekend darmowy przejazd komunikacją miejską, więc podróże na Tauron Arenę i z powrotem zajmowały ok 20 min).

Apartament w Stradonii to piękny, przestronny, niezależny pokój z kuchnią, z pełnym wyposażeniem i łazienką, urządzony w nowoczesnym klimacie. Już na wejściu urzekły mnie powieszone nad łóżkiem plakaty Ryszarda Kai, a kiedy na powitanie od gospodarzy dostaliśmy jeszcze zestaw pocztówek z Galerii Plakatu Kraków, to kupili mnie w całości.

Po szybkim ogarnięciu się poszliśmy na obiad do genialnej restauracji Ed Red (liczba pozytywnych opinii w sieci i na Facebooku trochę nas zaskoczyła, ale przekonaliśmy się, że nie ma w nich ani krzty przesady). Jedzenie w tym miejscu jest po prostu przepyszne, nieziemskie, zjawiskowe.

Po tej uczcie pojechaliśmy odebrać pakiety startowe, przeszliśmy przez expo i wieczorem na kolejną „wyżerkę” – czyli „Kluska Party z wkurw_team”. Tam czekała nas kolejna niespodzianka – fantastyczne buffy od Maćka, zapowiadające nową kolekcję rebelrunners – buffy, rękawki i bluzy! (bluzy na żywo wyglądają jeszcze fajniej niż na zdjęciach). Spotkanie z grupą biegowych zapaleńców (w tym sporą grupą debiutantów) upewniło mnie w przekonaniu, żeby biec na luzie i cieszyć się debiutem.

IMG_5705

To jest ta chwila!

Rano humory dopisywały nam bardzo. Po śniadaniu mistrzów – chałka z dżemem truskawkowym i kawą, ruszyliśmy na spotkanie z nieznanym (no dobra, tylko ja bo dla Pawła był to czwarty półmaraton w tym roku – za dwa tygodnie w Kościanie chce powalczyć o Koronę Półmaratonów). Czułam lekką ekscytację, ale wciąż nie wyczuwałam lęku i to trochę mnie martwiło. Co będzie, to będzie – pomyślałam sobie, dałam Pawłowi buziaka i poszłam na rozgrzewkę z drużyną PZU Sport Team. To była rozgrzewka idealna, która faktycznie mnie rozgrzała, ale nie zmęczyła, wręcz rozbudziła apetyt na więcej, na to by już wreszcie zacząć biec.

IMG_5728

Parę minut po jedenastej w końcu padł strzał startowy i zaczęliśmy się przemieszczać w stronę startu. Paweł z Edwinem gdzieś tam z przodu, jak pokornie w strefie na pograniczu czasu 2:10:00. Ostatecznie plan w mojej głowie zakładał spokojne pierwsze 10 km, takim tempem, żeby było optymalnie, a potem „się zobaczy”. Pierwsza piątka to tradycyjnie rozgrzewka, próba złapania rytmu, znalezienia swojego miejsca w tłumie biegaczy. Zaskoczyły mnie osoby idące już na 2-3 km (i nie, nie z powodu kontuzji), może ja jestem dziwna, ale nie porwałabym się na półmaraton, gdybym wiedziała, że będę musiała iść już na samym początku.

Te pierwsze 6-7 km nie było zbyt ładne, patrząc na trasę pod kątem estetyczno-podróżniczym. Biegliśmy przez szaro-bury Kraków, który bardziej przypominał Katowice, czy Łódź (z całym szacunkiem dla tych miast), niż Kraków jaki znam. Na 7 km, kiedy zbiegaliśmy do jakiegoś tunelu pomyślałam sobie, że spoko, jeszcze TYLKO dwa razy tyle :). To „tylko” nie było ani przerażające, ani dołujące. Po prostu było i cieszyło mnie, bo zaczynało mi się biec coraz lepiej, łapałam swój rytm, nie miałam zadyszki, pogoda była idealna. Sukcesywnie wyprzedzałam kolejne osoby, sama będąc wyprzedzaną z rzadka. Kiedy dobiegliśmy na Błonia (8/9 km) przez chwilę mijaliśmy tych, którzy już z nich zbiegali. Przybijanie piątek z biegnącymi z naprzeciwka, to była mega frajda. Morze biegaczy a w nim ja. Wyglądałam, czy nie ma gdzieś w nim Pawła – niestety nie udało się go wypatrzeć. W połowie Błoni, na 10 km usłyszałam komunikat z Endo, że pokonałam ten dystans poniżej godziny (dokładnie w 59 min). To dodało mi skrzydeł. Włączyłam dynamiczniejszą muzykę i w głowie otworzyła się klapka „teraz to ja mogę biec”. (Już na treningach miałam takie przemyślenia, że najlepiej zaczyna mi się biec po 10 km, bałam się tylko tego, gdzie jest granica tego przyjemnego biegu).

Gdzieś ok 13 km mijaliśmy główny budynek Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przypomniało mi się jak wiele lat temu, kiedy byłam jeszcze dzieckiem, mój śp. dziadek robiąc mi zdjęcie przed tym gmachem wróżył, że kiedyś będę tu studiować. Wczoraj uśmiechnęłam się do tego wspomnienia i powiedziałam w myślach Zobacz dziadku, co prawda nie skończyłam UJ, ale nie żałuję i patrz, właśnie biegnę półmaraton, w Twoim Krakowie! Chwilę później wbiegaliśmy na Rynek i ten fragment biegu to już była totalna euforia! To miejsce, Ci kibice, ta atmosfera! To było coś, czego nie przeżyłam jeszcze na żadnym biegu. Coś, co sprawiło, że pędziłam niewyobrażalnym dla mnie tempem 5:20 z ogromnym rogalem na twarzy, przybijając piątki dzieciom, machając do sprzedawców bajgli. Jeśli to jest ta osławiona „euforia biegacza” to ja chcę jeszcze! I jeszcze! I jeszcze!

Fot. Agnieszka Wanat
Fot. Agnieszka Wanat

Po obiegnięciu Wawelu zaczął się długi i dość wąski odcinek trasy wzdłuż Wisły. Gdzieś przed 16 km zobaczyłam, że brzegiem idzie Paweł. Idzie. Czyli coś się stało, pewnie znowu ta niedoleczona noga. Idzie, więc nie jest najgorzej.– szybko oceniam sytuację w myślach. Podbiegłam i pytam, co się dzieje. — Znów skurcze, czuję tez to ścięgno co ostatnio — odpowiada, ale zaczyna biec ze mną. A ty nieźle pędzisz — mówi zdziwiony patrząc na zegarek (oceniałem, że spotkamy się ok 17-18 km — przyp. Paweł). — A tam, po prostu dobrze mi się biegnie — odpowiadam i biegniemy tak obok siebie przez jakieś pół kilometra. Potem widzę, że zwalnia, więc już nic nie mówię, tylko biegnę dalej. Wciąż nie mogę się nadziwić, że to 17 km, a ja cały czas biegnę tempem 5:50 i jest to dla mnie przyjemne tempo.

W okolicach 18 km pojawia się pierwsza myśl, że zaczynam czuć się trochę zmęczona. Kobieto, przecież jeszcze tylko 3 km – ripostuję od razu i lekko przyspieszam. Wybiegamy znów na główną ulicę. W oddali widzę już centrum handlowe, które stoi obok Tauron Areny. Przed nami ostatni podbieg. Wiedziałam, że będzie. Nie zaskoczył mnie, wręcz ucieszył, bo wiem, że za nim już będzie tylko z górki, i to prosto do mety. Uruchamiam mocniej ręce, czuję, że mam jeszcze dużo sił. Cisnę pod górę ile fabryka dała. Z górki rozpędzam się jeszcze puszczając luźno nogi. Radości nie ma końca, wiem, że będzie bardzo dobry czas. Ostatnia prosta i skręcam w stronę stadionu. Teraz lecę już na pełnym sprincie, ostatnie 100 m do mety wg. Endo to tempo 4:30! Skąd tyle siły po takim dystansie? Znów nie doceniłam swoich możliwości. Wpadam na metę i cieszę się jak dziecko. Jaki to był fantastyczny bieg! Serce i Rozum scaliły się w niespodziewany dla mnie wynik – 2:04:59! Biegłam tak, jak na treningu, na luzie, bez napinki, a mimo to w niewyobrażalnym dla mnie średnim tempie 5:50. Nie potrafię wyobrazić sobie, co by było, gdybym przygotowywała się z profesjonalistą, który potrafiłby lepiej ode mnie ocenić możliwości i narzucił mi jak mam biec. Pewnie ten wynik byłby dużo lepszy, ale pewnie też nie byłoby w nim tyle radości.

Na mecie tradycyjna „taśma”: medal – woda – folia i poganianie biegaczy żeby przechodzili dalej. Chcę zaczekać na Pawła, ale właśnie padł mi telefon. Dochodzę więc do wniosku, że bezpieczniej będzie spotkać się przy depozytach, tak jak się umawialiśmy (choć to on miał na mnie czekać). Płynę morzem złotych peleryn termicznych i nie mogę przestać się cieszyć. Ta radość promieniuje na kilometr. W tej chwili mogłabym góry przenosić, albo biec dalej, (bo przecież było tak fajnie!). Biorę swój worek, za chwilę pojawia się Paweł. Jego mina nie jest tak radosna, ale jest pogodzony z losem, za chwilę zaczyna już cieszyć się moim szczęściem. Idziemy się ogarnąć, przebrać, potem jeszcze pamiątkowa fotka i powrót do naszych gospodarzy ze Stradonii.

Yesterday we supported our guests Agata and Paweł Lipiec during their run at PZU Cracovia Royal Half-Marathon. As you…

Rozpoczyna się popołudnie pełne pysznego jedzenia, kulturalnych doznań na gali Nagrody im. Wisławy Szymborskiej i błogiego odpoczynku. Kolejna niespodzianka od naszych gospodarzy — maść chłodząca na zmęczone mięśnie — to mega trafiony prezent, który przynosi ukojenie.

Siedzę w pociągu i wracam myślami do tego weekendu w Krakowie. 2 dni, a czujemy, jakbyśmy tam byli tydzień. Mimo wysiłku podczas półmaratonu, dawno tak nie odpoczęliśmy i nie zwolniliśmy. Skala pozytywnych emocji naładowała nasze akumulatory i mam nadzieję, że dzięki temu łatwiej będzie zmagać się z szarą rzeczywistością nadchodzącej listopadowej jesieni. A co najważniejsze – gdyby ktoś nam w styczniu powiedział, że w październiku pobiegniemy razem półmaraton, że dotrę na metę przed Pawłem, że będę cieszyć się z biegania jak dziecko i że odkryję, że najlepiej biega się po 10 km — w życiu bym nie uwierzyła. Dzisiaj wiem, że mój wczorajszy brak strachu nie był brawurą — był wewnętrznym spokojem wynikającym z pewności, że dam radę. Życzę Wam tego spokoju na wszystkich waszych dystansach. To fantastyczne uczucie!


Dziękujemy apartamentom Stradonia za gościnę i ogromne wsparcie.
Fot. cover Agnieszka Wanat

No votes yet.
Please wait...
Agata Lipiec Opublikowane przez:

Bieganie zmieniło moje życie. Bieganie zmieniło mnie. I to nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie. Czuję się silniejsza, bardziej atrakcyjna i pewniejsza siebie. Tę całą drogę i tę, która jeszcze przede mną znajdziesz na tym blogu.

  • Joanna Krzak

    Cudownie to czytać! Jeszcze raz gratulacje!

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Dziękuję Asiu i trzymam kciuki za Twój maj :)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Agata, wielkie gratulacje! To było idealne zakończenie sezonu i aż boję się zapytać o Twoje plany na przyszły sezon ;)
    I powiem Ci, że kiedy w styczniu czytałam o tym, że zaczynasz biegać to myślałam sobie ‚no niech sobie biega, ale ja to nigdy…’ ;) A tymczasem sama wiesz jak jest…

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Plany już są (jak mogłoby być inaczej), ale napiszę o nich później. Teraz jest czas na chwilę wytchnienia i radość z sukcesu. A za Ciebie Asiu trzymam kciuki. Widzisz, wcale nie trzeba wiele, a efekty przechodzą nasze najśmielsze wyobrażenia :)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Brawo! Gratulacje! 👏 życzę samych takich udanych biegów! :-) aż mi się przypomniał Cracovia Maraton, trasa chyba była podobna ;-) a Katowice…. Przyjedź i zobacz, może się miło zaskoczysz :-).

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Może będzie okazja w przyszłym roku :) zobaczymy :D

      No votes yet.
      Please wait...
  • JackRuns

    Agata jeszcze raz gratulacje :) to naprawdę wymarzony debiut :)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Dzięki za dobre słowo i wsparcie przed, w trakcie i po :)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Nika Romaniak

    Gratuluję :) Też biegłam ten półmaraton i był fantastyczny :) Do zobaczenia za rok :)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Jest w nim jakaś magia :) z pewnością będę chciała wrócić za rok :)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Gratulacje serdeczne :)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      dziękujemy :)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Pingback: Ta zima kiedyś musi minąć...()

  • Pingback: Porwałam się z motyką na słońce! 5150 Warsaw Triathlon #before()