Dlaczego spanikowałem po kontuzji?

Przez ponad miesiąc nie pisałem na blogu nic. Znajomi blogerzy (przyjaciele, psia kość!) zaczęli się już śmiać, że bloga przejęła Agata. W sumie trudno im się dziwić. Przyczyna tego milczenia jest przyziemna – kontuzja, która wyłączyła mnie z treningów na dobre 3 tygodnie. Mało przyjemna historia, ale chciałbym się z Wami podzielić kilkoma przemyśleniami, które pojawiły się w trakcie „leczenia” i już po.

Głód treningów

Pierwsze kilka dni, może nawet tydzień było całkiem przyjemnie. Odpocząłem, zregenerowałem siły i… poczułem, że już wystarczy. Stwierdziłem, że w niedzielę mogę sobie już pozwolić na trening. Akurat spędzaliśmy rodzinny weekend u mojego brata, więc powrót do domu biegiem (ok 13-14 km) oznaczał krótszy o jakieś 30% trening, ale jednak trening. Po pierwszym tygodniu przerwy czułem się już dobrze i nawet przez myśl mi nie przeszło, że może być jeszcze z wcześnie. Już po 3 km poczułem, że nie jest dobrze, ale tłumaczyłem sobie, że to nie ból a „lekki dyskomfort”. Na kolejnym kilometrze poczułem, że ten mój dyskomfort staje się jednak wyraźnym bólem a jeszcze przed „piątką” trzymałem telefon w dłoni i dzwoniłem do Agaty, żeby mnie pozbierała z trasy. Powrót z treningu autem zaliczam do jednych z najmniej przyjemnych doświadczeń.

Idź do lekarza

To był moment w którym dotarło do mnie, że samo się nie wyleczy. Niestety nie miałem możliwości spotkać się ze swoją fizjoterapeutką więc zapisałem się na prywatną wizytę do ortopedy. W efekcie po raz kolejny nauczyłem się, że chodzenie do lekarza, który nie jest lekarzem sportowym to kompletna strata czasu. Ortopeda orzekł, że to zapalenie ścięgna, wypisał receptę i… stwierdził, że to całe bieganie to niezdrowe. Dwa dni później udało się jednak umówić z Anią (fizjoterapeutką) i okazało się, że tragedii nie ma. Faktycznie jeszcze z tydzień przerwy mnie czeka, ale dzięki ćwiczeniom rozciągającym ścięgna możemy trochę pomóc w naprawieniu tego co się popsuło. Ulżyło mi.

Narkoman na głodzie

Drugi i trzeci tydzień bez treningów to była już męczarnia. Fizycznie było bardzo fajnie bo odpoczywałem, nie męczyłem się, a ponieważ jestem takim uśpionym leniuszkiem, to nawet mi się to podobało. Z rozsądku zacząłem trochę więcej jeździć na rowerze, żeby się kompletnie nie zasiedzieć. Jednak rower (zwłaszcza w spokojnym tempie) to nie jest taki poziom zmęczenia i treningu jak dotychczasowe treningi biegowe. Fizycznie, więc czułem się fantastycznie wypoczęty.

Niestety psychicznie było już dużo gorzej. Czułem tak duże „parcie na trening”, że robiłem się nieznośny. Nie wiem czy bardziej nie do zniesienia byłem przed pierwszym półmaratonem kiedy odstawiłem z diety wszystkie węglowodany, czy teraz. Sam zauważyłem, że wyprowadzały mnie z równowagi rzeczy drobne, mało istotne, na które normalnie może nawet nie zwracałbym uwagi.

Najbardziej bolało mnie, że nie wezmę udziału w The Color Run by PZU, na który czekałem niecierpliwie od dawna. Dodatkowo masa znajomych, którzy zaczynają biegać, leciała w TCR i był to dla nich pierwszy oficjalny start. Naprawdę bardzo zależało mi, żeby być tam z nimi. Ostatecznie miałem jednak zostać z Zuzią i czekać na nich wszystkich na mecie… Co? Czekać? I przegapić taki super bieg? Wziąłem młodą na plecy i… przeszliśmy te „najszczęśliwsze 5 km” razem! Dokładnie 4,5 km w 48 minut. Szaleństwo :).

Rower jako ostatnia deska ratunku

Rower był dla mnie jedynym ratunkiem. Biegać nie mogłem, ale rower w ostatnich dniach pomógł mi rozładować nadmiar energii kiedy już nie mogłem usiedzieć w domu. Dzięki temu, że nie obciążał tak mocno uszkodzonego ścięgna pozwalał je trochę rozruszać ale jednocześnie nie nadwyrężyć. Praktycznie kiedy tylko mogłem wskakiwałem na rower. Nie powiem, rower spodobał mi się jeszcze bardziej i teraz będę miał problem z pogodzeniem biegania z pedałowaniem. Uprzedzając pytania jakie się pojawiają gdy mówię, że dokładam rower do biegania: Nie, pływanie nadal mnie nie pociąga. I triathlonisty ze mnie chyba nie będzie. Ale duathlon może bym tak…

Wielki powrót

Przyszedł wreszcie ten dzień kiedy okazało się, że mogę wrócić do treningów. I… w sumie nie wiem co ja sobie wyobrażałem, ale chyba nie docierało do mnie, że po takiej przerwie, trzeba będzie się znowu doprowadzić do stanu używalności. W pierwszej chwili wiadomość od trenera, że mam rozpisane treningi wywołała wręcz euforyczną radość. Później otworzyłem plan i zobaczyłem… smutną ilustrację tego jak dużo straciłem przez tę przerwę i ile pracy mnie teraz czeka, żeby wrócić do poziomu sprzed kontuzji. Gdzieś tam z tyłu głowy zakładałem, że będzie trzeba trochę odbudować tej formy aby wrócić do treningów na pełnych obrotach, ale… Godzinne treningi, w których pojawiają się marsze?! No nie! Nie możliwe, żebym na 2 miesiące przed maratonem wylądował w tak ciemnej dupie!

Jestem ćpunem

Wczoraj wyszedłem na swój pierwszy po przerwie trening. 3 dwudziestominutowe biegi w niskim zakresie (czyli spokojnie, powoli) z minutowymi przerwami na marsz – taki przynajmniej był plan. Nie pamiętam, żebym kiedyś tak bardzo nie trzymał się planu treningowego. Pomijam, że byłem tak napalony, że o rozgrzewce przypomniałem sobie pod koniec treningu. Wyszedłem i ruszyłem. Po 200-300 metrach sprawdzam tempo: 4:40″/km. WTF?! Miało być wolno. Jeśli masz życiówkę na 10 km tylko trochę poniżej 50 minut to bieg po 4:40″ to zdecydowanie nie jest wolno. Zwalniam ale po kolejnych 100 metrach mam nadal tempo poniżej 5:00″ a powinienem mieć bliżej 5:50″-6:05″. Ale nie umiem biec wolniej. Stęskniłem się za tym tak bardzo, że przestaję patrzeć na zegarek i po prostu biegnę przed siebie. Tempo trzymam „na oko”, tak żebym czuł się z nim komfortowo. Dzięki czemu już po 30 minutach czuję się wykończony. Zajechałem się. Jak dziecko…

Patrzę na zegarek i nie wierzę. Serio? Pół godziny? 5 km? I TAKIE zmęczenie? O nie, nie ma tak łatwo. To jest tak delikatny trening, że nie ma szans, żebym go nie dokończył. Jakoś doczłapuję się do 42 minuty gdzie czeka na mnie drugi minutowy odpoczynek. Na ostatnie 20 minut ruszam już spokojniej, rozważniej. Niestety na samym początku wystrzelałem się z energii tak mocno, że trening kończę po 52 minutach (z 9,2 km na liczniku). Głupota. Czysta głupota – inaczej nie umiem tego skwitować.

Nie jest dobrze

Jak się z tym czuję? Z jednej strony, „przepaliłem” początek i zrobiłem go zbyt intensywnie – zapewne dlatego nie ukończyłem treningu. Tak, była olbrzymia radość przez pierwsze 10-15 minut treningu musiałem wyglądać wręcz jak gość na haju. Dawno nie popłakałem się ze szczęścia. Wczoraj łzy leciały przed ukończeniem pierwszego kilometra. Niestety po zakończeniu treningu dotarło do mnie jak bardzo głęboko w ciemnej dupie wylądowałem na 2 miesiące przed biegiem, do którego przygotowuję się od blisko półtora roku.

Cały sztab ludzi z trenerem, fizjo, dietetyczką i własną żoną na czele włożyli sporo pracy, żebym znalazł się tu gdzie się znalazłem, żebym mógł ten cholerny maraton ukończyć a tu… taka nieprzyjemna niespodzianka tuż przed ostatecznym sprawdzianem.


Czerwiec zmarnowałem.

Ten wczorajszy trening powinien skończyć się spokojnie wybieganymi 10 kilometrami. Niestety skończył się nie tylko na 800 m przed celem ale przede wszystkim na 10 minut przed czasem. Martwi mnie nie tylko ten nieukończony trening. Bardziej przygnębiające jest teraz wychodzenie z tego „dołka formy” tuż przed najważniejszym startem w tym roku. Jeśli nie uda mi się pokonać tego maratonu to żal będę mógł mieć tylko do siebie. Żal o nieukończony maraton i zawiedzione nadzieje – zarówno te swoje jak i wszystkich, którzy poświęcili swój czas na moje przygotowania. I tego chyba boję się dziś najbardziej – nie że zawiodę sam siebie, ale że zmarnuję ogromną pracę tych wszystkich dzięki którym w ogóle mogłem podjąć się tego wyzwania.

Epilog (aktualizacja)

Po kilku dniach trochę się uspokoiłem i przestałem (aż tak) panikować. Pomogła rozmowa z trenerem i omówienie planu na najbliższe dni i tygodnie. Wygląda na to, że nie będzie tak źle i nie ma co zawczasu panikować. Już po pierwszych dniach widzę, że forma powoli ale stabilnie wraca. Po każdym treningu boli mnie dosłownie każdy mięsień w nogach, ale sprawia mi to trudną do wytłumaczenia przyjemność. Słowem – chyba nie będzie tak źle jak pierwotnie podejrzewałem.

PS Kciuki nadal mile widziane.

No votes yet.
Please wait...
Paweł Lipiec Opublikowane przez:

Kiedyś dość intensywnie trenowałem Kung-fu, jednak po dość długiej przerwie trudno było wrócić do treningów. Początkowo bieganie miało być drogą powrotną do sztuk walki, ale już po kilku miesiącach spodobało mi się tak bardzo, że nie zamierzam z biegania rezygnować.

  • Powrót do regularnych treningów do czas na który czekam z niecierpliwością po każdej przerwie. Pierwszy trening to zawsze przegięcie… albo za szybko, albo za daleko.

    No votes yet.
    Please wait...
    • Ja właśnie się zachłysnąłem radością, że wreszcie mogę i wystrzelałem się z energii w 20 minut. Nie było miło :D

      No votes yet.
      Please wait...
    • Się powtórzę – przerwa ma swoje prawa :)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Bieganie i rower świetnie się uzupełniają. Ja czuję to zwłaszcza po starcie np. w półmaratonie. Martwię się, jak dam radę poprowadzić indoor cycling po takim bieganiu, a okazuje się, że zajęcia są świetną regeneracją. :)

    Oczywiście trzymam sportowe kciuki. Za duathlon też. :>

    No votes yet.
    Please wait...
  • Wojciech Kołacz

    Paweł:
    Po 1. Wracaj spokojnie do formy, nic na hurra!
    Po 2. Jak to mówią: „sport to zdrowie, póki lekarz się nie dowie!” ;)
    Po 3. Wbijaj się w triathlon. Jak tam Ci coś nawali i nie możesz biegać, to możesz pływać i biegać itd.
    Po 4. Każdy po odłożeniu treningów jest sportowym narkusem… pamiętam co się działo gdy miałem wypadek i łopatkę w gipsie, a potem wróciłem do treningów. MASAKRA! :D

    No votes yet.
    Please wait...
  • Kciuki dla Ciebie zawsze są!

    No votes yet.
    Please wait...
  • Pawle,
    powodzenia w powrocie. Przerwa, czymkolwiek spowodowana, ma swoje prawa ;) Nie ma to tak łatwo, że po dłuższej przerwie jest ta sama forma.
    A co do lekarzy to czego od nich oczekiwać – trudno ich nazwać ekspertami w temacie biegania i zdrowia „biegowego”. pozdrawiam serdecznie, Piotr

    No votes yet.
    Please wait...