Mój pierwszy: PZU Półmaraton Warszawski

Po niedzielnym półmaratonie opadł już kurz, euforia, a nawet zdążyły wybrzmieć wszystkie relacje. Ponieważ nie chciałem pisać kolejnej „relacji z biegu” postanowiłem odczekać kilka dni, aby złapać lepszą perspektywę tego, co się wydarzyło w ostatni weekend. Tę historię zacząć muszę jednak kilka dni, a może nawet miesięcy przed startem…

Do tego startu przygotowywaliśmy się w ramach programu Biegaj na zdrowie z PZU od roku. Wszystko zaczęło się 8 kwietnia od wyjścia z domu. Wyjścia, które zaowocowało pierwszym treningiem. Treningiem, na którym zrobiłem 3.66 km w ponad 27 minut ze średnim tempem sięgającym 7:30 min/km! Dziś w tym czasie zrobiłbym pewnie co najmniej 5.5 km.

Wszystkie biegi jakie do tej pory biegłem były zdecydowanie mniej stresujące. Duże znaczenie miało to, że zarówno 5 km, 10 km, jak i 15 km przed startem w zawodach wielokrotnie zrobiłem na treningach. Dystans półmaratonu przed startem przebiegłem tylko raz. Do tego po tym „razie” czułem go bardzo mocno, bo akurat padło na trening interwałowy. Łatwo nie było, ale „dociągnięcie” od 19 do 22 km spowodowało, że uwierzyłem, że nie jest to dystans, który mnie przerasta. Byłem więc pewny, że jestem w stanie pokonać te 21.095,5 m.

Najgorszy był jednak tydzień poprzedzający start. Praktycznie do czwartku byłem na ścisłej diecie z bardzo mocno ograniczonymi węglowodanami. Ja, człowiek dla którego tabliczka czekolady, wielka butelka Coli czy kartonik batoników jeszcze rok temu były jedynie małą przekąską. Potrafiłem przyjmować niewiarygodne ilości cukru. No i teraz wyobraźcie sobie, że taki ja ląduje na diecie kompletnie tego wszystkiego pozbawionej. Jasne, przez ostatni rok zdążyłem się trochę przestawić i zamiast czekoladowych łakoci nadrabiałem suszonymi owocami. Jednak teraz odebrano mi nawet te substytuty!

Wielu bardziej doświadczonych znajomych ostrzegało, że mogę być rozdrażniony, że w środę będzie już bardzo źle… Nie wierzyłem im. Co to za pomysł, żeby jedzenie aż tak wpływało na psychikę. Nie mogłem się bardziej pomylić. Patrząc na to jak błahe rzeczy potrafiły mnie wyprowadzić z równowagi, jak bardzo irytowały mnie wydarzenia, na które wcześniej nie zwróciłbym uwagi, muszę przyznać, że było źle. Było tragicznie. Nie wiem jak Agata wytrzymała ten tydzień przed startem, ale jakoś to zniosła.

Nawet czwartkowe i piątkowe „ładowanie węgli” jakoś mnie nie uspokoiło. Spokój i opanowanie przyszły w niedzielę rano, przed startem. Stres? Oczywiście, że był – w końcu to był mój debiut na tym dystansie. Jednak ze stresem da się żyć. Stres to nie poirytowanie. Stres nie powoduje, że jestem chodzącą bombą zegarową.

Mój pierwszy półmaraton był…

Mógłbym napisać, że sam bieg wspominam bardzo dobrze, ale… Jest kilka „ale” co oznacza, że nie wszystko poszło zgodnie z planem. Co nie jest ostatecznie złą wiadomością, bo dzięki temu sporo się nauczyłem.

Nasłuchałem się przed startem tego „tylko nie zacznij za szybko” no i zacząłem dobre 20 sekund na kilometr wolniej niż w planie. Przebiegłem tak blisko 4 kilometry. Czyli „zmarnowałem” dzięki temu jakieś 70-80 sekund. Zmarnowałem, bo jak się później okazało mogłem spokojnie zacząć zaplanowanym tempem a na mecie do planowego czasu zabrakło mi… 78 sekund!

Od ~4 km osiągnąłem już swoje tempo i starałem się je trzymać równo aż do podbiegu. Na 12 kilometrze dostałem jednak lekcję pokory, którą na szczęście przyjąłem na spokojnie. W pewnym momencie minęła mnie dziewczynka. Tak, tak… Nie wiem ile miała lat, ale serio wyglądała raczej na dziewczynkę niż kobietę i… na oko nie miała więcej niż 1,6 m wzrostu. Jeszcze pół roku temu mieszanka dumy i ambicji nie pozwoliłaby mi pozostawić tej sytuacji ot tak. Teraz machnąłem (w duchu) ręką i powiedziałem tylko (również w duchu) „powodzenia dziewczyno”.

Kryzys miał przyjść na 18-tym kilometrze. Tam zaczynał się podbieg. Tuż przed finiszem. Podbieg. Co za sadysta wymyślił podbieg na 3 km przed metą?! Spoko, byłem przecież na niego przygotowany. Plan zakładał lekkie zwolnienie tempa na tym odcinku (aby za podbiegiem rozpocząć już szybszy finisz), żel wziąłem odpowiednio wcześniej tak aby zaczął działać właśnie na początku podbiegu – słowem wszystko było przemyślane. Nie spodziewałem się tylko jednego – że gdy mój Garmin pokaże 17,5 km moja głowa zacznie ze mną walczyć. Te pół kilometra przed podbiegiem było gorsze niż ten dwa razy dłuższy podbieg. Ba, to było najgorsze 500 metrów jakie do tej pory przebiegłem. Nie dość, że miałem wrażenie, że biegnę je pół godziny, to jeszcze na każdym metrze przez głowę przewijała się masa myśli z gatunku:

  • a po co Ci to?
  • a pierdolę! Skończę to bo już blisko do końca, ale już nie chcę biegać!
  • Maraton? Chyba was posrało!
  • 42 kilometry? A po **** mi to?! Nie chcę! Już nie chcę!
  • A mogłem siedzieć w domu i odpoczywać. Z psem na spacer mogłem iść…

Podbieg? Cały podbieg oraz te ostatnie kilometry, mimo ogromnego zmęczenia, były najprzyjemniejszą częścią biegu. Po pokonaniu tego psychicznego „zachwiania” cała reszta poszła gładko.

A myśli z 18-go kilometra? No cóż… Jeszcze tego samego dnia dałem się namówić na półmaraton w Poznaniu dwa tygodnie po tym warszawskim, więc chyba te pomysły z odstawieniem biegania nie zagnieździły się zbyt skutecznie w głowie.

Z perspektywy tygodnia odpoczynku i znacznego obniżenia obciążeń treningowych patrzę na ten pierwszy w moim życiu półmaraton i dociera do mnie, że… przebiegłem ponad 20 kilometrów. Dwadzieścia cholernych kilometrów! A za pół roku przebiegnę dwa razy więcej! Patrzę na te pierwsze treningi i na ostatnie biegi i powiem Wam, że to niesamowite uczucie móc samemu sobie udowodnić, że przy odrobinie chęci i samozaparcia da się tak bardzo zmienić swoje życie.

Jeśli Ty się wahasz, czy warto dziś wyjść i spróbować to uwierz mi, że warto. Dla tej atmosfery, szczęścia, euforii, uśmiechów, które czekają na mecie. Warto!

Fot. główne Sportografia

No votes yet.
Please wait...
Paweł Lipiec Opublikowane przez:

Kiedyś dość intensywnie trenowałem Kung-fu, jednak po dość długiej przerwie trudno było wrócić do treningów. Początkowo bieganie miało być drogą powrotną do sztuk walki, ale już po kilku miesiącach spodobało mi się tak bardzo, że nie zamierzam z biegania rezygnować.

  • Agata Lipiec

    Spoko, przeżyłam, ja tak mam co miesiąc ;)

    No votes yet.
    Please wait...
    • <3

      No votes yet.
      Please wait...
  • Anna Kaminska

    Ja tez największy dramat miałam na ok. 17,5 km. Tam miałam przez chwile wrażenie, z w ogóle nie przesuwam się do przodu. Ale poszło, ostatni km najszybszy,wiec dumą, biegniemy dalej :)

    No votes yet.
    Please wait...
  • Gratulacje. 78 sekund od zakładanego czasu? Praktycznie w punkt. Ale nie odnotowałem podbiegu :) to było małe wzniesienie. Podbiegi to będą na Maratonie Lubelskim :)
    A jak się odnalazłeś w takim tłumie biegaczy?

    No votes yet.
    Please wait...
    • Tłum był uciążliwy na pierwszych kilometrach i to też nie sam w sobie a bardziej w kontekście tego, że ludzie ustawiają się w nieswojej strefie. Pierwsze 3-4 km męczyłem się z wyprzedzaniem. Później jak już dobiłem do ludzi biegnących mniej więcej w moim tempie było prościej.

      No votes yet.
      Please wait...
      • Ja się ustawiłem strefę wcześniej (1h40′) niż planowałem wynik (1h45′-1h49′), a i tak dobiegłem szybciej. Druga część trasy była zdecydowanie szybsza.

        No votes yet.
        Please wait...
  • Wojciech Kołacz

    Ja do podbiegu się hamowałem razem z całą ekipą i tak lecieliśmy +/- 4:30 min/km, a jak tylko podbieg minął to sru… urywanie grupy i 3:54, 3:48 i końcówka w tempie 3:00.. była MOCC!:)

    No votes yet.
    Please wait...
  • Pingback: Mój pierwszy maraton - ten na 32 kilometry()