Mój pierwszy maraton – ten na 32 kilometry

To był bieg, który zapamiętam do końca życia! Nie tylko dlatego, że to ostatni Maraton Warszawski z finiszem na Stadionie Narodowym, nie tylko dlatego, że to był mój debiut maratoński, ale dlatego, że jeszcze nie widziałem na biegu masowym tylu kibiców. Byli wszędzie: na trasie, na balkonach – miałem wrażenie, że cała Warszawa dopinguje maratończykom.

Jeśli czytacie ten blog trochę dłużej to zapewne zauważyliście, że nie ma tu zbyt wiele relacji z biegów. O ile Agata jeszcze opisuje swoje starty, to ja nie ma do tego serca. Tak, co prawda pisałem o swoim pierwszym półmaratonie (zobacz: Mój pierwszy: PZU Półmaraton Warszawski), ale to był dla mnie bardzo ważny bieg. Dlatego też o maratonie również postaram się napisać relację wymieszaną z moimi pobiegowymi przemyśleniami.

Oszczędzę Wam opisów dotyczących przygotowań i tygodnia bezpośrednio poprzedzającego start. Powiem tylko, że nie było aż tak źle jak przed połówką, kiedy to pierwszy raz odstawiałem (tak drastycznie) węglowodany. Wszystko zaczęło się dzień wcześniej od odebrania pakietu startowego i spotkania ze znajomymi biegaczami. Dzięki adidasowi i Polska Biega mogliśmy spotkać się na warsztatach dla blogerów. Nareszcie była okazja poznać na żywo osoby, które do tej pory kojarzyłem głównie z blogów czy facebooka. Fajnie było porozmawiać z bardziej doświadczonymi biegaczami, usłyszeć kilka ciepłych słów i jeszcze trochę się uspokoić przed startem.

Stres przed startem

Stres przed ważnym startem jest czymś zupełnie naturalnym. Bardziej byłbym zdziwiony, gdybym się nie stresował przed takim biegiem. Na 4 dni przed swoim debiutem miałem już spokojną głowę. Wiedziałem, że zrobiłem co było w mojej mocy, aby jak najlepiej przygotować się do tego biegu. Czy byłem idealnie przygotowany? Zapewne nie (z różnych przyczyn). Ale, czy biorąc pod uwagę okoliczności, mogłem przygotować się lepiej? Wydaje mi się, że nie. Co mogłem zrobić, to już zrobiłem. Głowa była spokojna, choć coś gdzieś z tyłu, w podświadomości musiało się tlić. Inaczej trudno mi wyjaśnić tę kilkudniową bezsenność. Regularne pobudki o 3 czy 4 nad ranem, rozstrój żołądka – to chyba nie są oznaki stoickiego spokoju. Natomiast w ciągu dnia nie czułem żadnego stresu. Za to w niedzielę rano poczułem go ze zdwojoną siłą. Na szczęście jak zwykle zniknął dosłownie w chwili startu.

Na ile ten maraton?

Mój maraton był dość długo spokojny, żeby nie powiedzieć nudny. Niestety wszystko „ciekawe” co mogło się wydarzyć, to się wydarzyło. Tylko trochę później. Biegłem trzymając się planu, bo trener nastraszył, że jak zacznę za szybko to po starcie dostanę karny trening. A coś czułem, że to by były moje ulubione ćwiczenia wzmacniające a nie bieganie, więc… Zacząłem wolno. Bardzo wolno. Musiałem się mocno pilnować, żeby nie lecieć szybciej niż zakładał plan. Po kilku kilometrach przyspieszyłem i biegło się już całkiem przyjemnie, choć nadal spokojnie, oszczędzając siły na dalszą część biegu. Plan zakładał, że mogę sobie lekko przyspieszyć po 29 kilometrze. Od 36-go miałem pozwolenie na pociśnięcie ile fabryka dała (o ile będę w stanie).

Okazało się, że na tym 29 km stała cała moja rodzina, a nie zapowiadało się, że w ogóle przyjadą kibicować (to temat na oddzielny wpis). W efekcie przez jakieś 300-400 metrów po ich minięciu miałem – jakby to powiedzieć – „ograniczoną widoczność” ;). Sprawdziłem międzyczasy – do planu miałem minutę straty, ale czułem już, że nie ma sensu mocniej cisnąć. Trzeba odpocząć przed tym przeklętym podbiegiem na 34 kilometrze, żeby na nim nie iść. Pomysł mądry, roztropny i ze wszech miar słuszny – trzeba to nieskromnie przyznać. Niestety nie było okazji aby sprawdzić w praktyce jak zadziała ponieważ…

W momencie minięcia bramki na przełomie 32 i 33 km złapał mnie tak silny skurcz w lewym udzie (siadła „czwórka„), że nie było mowy o utrzymywaniu tempa. Nigdy w życiu nie czułem tak silnego bólu jak wtedy. Nigdy jeszcze nie modliłem się o to by być w stanie iść. W pierwszej chwili nie martwiłem się o to czy będę dalej biegł, tylko czy dam radę w ogóle jeszcze iść. Chwila rozciągania za bardzo nie pomogła. Łyknąłem przeciwbólowy (później drugi, trzeci i czwarty), rozmasowałem i ruszyłem dalej. Niestety już po 200-250 metrach okazało się, że pozostałe 10 kilometrów nie będzie tak „łatwe” jak się spodziewałem. Miał być horror. I był!

Przed startem najbardziej bałem się ostatnich 10-12 kilometrów. To była dla mnie wielka niewiadoma. Wiedziałem, że pierwsze 30 jestem w stanie przebiec i tu nic specjalnego dziać się nie powinno. Nie wiedziałem natomiast jak zachowa się mój organizm później. Bałem się, że wysiądzie mi głowa (najlepszy scenariusz, bo z głową najłatwiej sobie poradzę), bałem się że nie podołam wydolnościowo (płuca, serce), ale do głowy mi nie przyszło, że mogą mnie złapać tak silne skurcze. W ostatnich dniach przyjmowałem końskie dawki magnezu i potasu – być może to uśpiło moją „czujność”. W każdym razie skończyło się tym, że zamiast finiszować w zakładanym czasie na granicy 4 godzin (plan był na 4:10-4:12), ostatnie 10 kilometrów zrobiłem w lekko ponad półtorej godziny.

Na 35-37 kilometrze może trzeci czy czwarty raz w życiu płakałem z bólu. Nie dlatego, że nie mogłem wytrzymać, nie dlatego że tak bardzo chciałem ukończyć ten przeklęty maraton i nie dlatego, że nie było szans na założony pierwotnie czas. Zwyczajnie – organizm nie wytrzymał i łzy leciały już niezależnie ode mnie. Od razu odpowiem na pytanie, które często słyszałem w ciągu tych ostatnich dni: czy bardzo bolało? Otóż bardzo bolało mnie złamanie ręki w wieku 7 czy 8 lat, bardzo bolała skręcona kostka w wieku lat nastu, bardzo bolało wreszcie zapalenie wyrostka… Jednak wszystko to było jak delikatne głaskanie przy tym, co czułem wtedy na trasie.To był ból, którego (zupełnie szczerze) nie umiem opisać.

Co dziwne nie przeklinałem na świat cały, nie złorzeczyłem człowiekowi, który wymyślił trasę maratonu tak, aby na drugiej połówce nie było płaskiego odcinka. Pogodziłem się z rzeczywistością. Debiut nie będzie w 100% udany. Nie zrealizuję planu. Teraz mogę albo ukończyć i myśleć o poprawianiu wyniku w przyszłym sezonie, albo nie ukończyć tego biegu. Za każdym razem kiedy wydawało mi się, że mięsień już odpoczął zaczynałem wolno biec. Niestety kiedy on się orientował co wyprawiam szybko sprowadzał mnie na ziemię (czasem dosłownie). I tak licytowaliśmy się kto jest większym cwaniakiem przez te ostatnie 10 kilometrów. I każde moje podpuszczanie go „dasz radę, to tylko 10 kilometrów, raptem godzina spokojnego truchtu!” kończyło się bolesną karą.

Mój maraton zaczął się po 29 kilometrze gdzie miałem kryzys psychiczny. Z tym jednak szybko sobie poradziłem. Niestety 3 kilometry dalej zaczęła się walka ze wspomnianą „czwórką”. Z nią było trudniej niż z głową. Kiedy już się cieszyłem, że uspokoiłem głowę i teraz już równym tempem wystarczy przebiec tą ostatnią godzinę, może 65 minut, poczułem że zamiast mięśni mam galaretę. W udach czułem już tylko jakąś nieokreśloną, przelewającą się masę. W ogóle nie czułem pracujących mięśni tylko… Miałem wrażenie jakby ktoś dosłownie wyjął mięśnie i kości i wlał tam ściętą galaretkę. Pamiętam, że to odkrycie trochę mnie zdziwiło, ale szybko doszedłem do wniosku, że dopóki nogi biegną to może sobie tam być i galaretka z rodzynkami! Niestety ta galaretka od 32 kilometra już nie chciała dalej biec.

Mój maraton miał 32 kilometry stabilnego, równego biegu i 10 kilometrów niewyobrażalnej do tej pory dla mnie walki (fizycznej i psychicznej). Wystarczy spojrzeć na międzyczasy. Do 30 km biegłem bardzo równo. Jak teraz na to patrzę to sam jestem zaskoczony, że udało się tak ładnie trzymać tempo i z tego jestem akurat bardzo zadowolony. Każda piątka w lekko powyżej 30 minut. Dokładnie tak jak miało być. To dałoby na finiszu czas ok 4:10. Utrzymując zapas sił jaki czułem jeszcze w okolicach 30 kilometra mogłem pokusić się nawet o urwanie czegoś na ostatnich 5-7 kilometrach.

Międzyczasy / splits

Nie da się ukryć. Na międzyczasach widać gdzie zaczęły się schody. niestety nie skończyły się już do samej mety. Bardzo żałuję, że ten debiut nie był taki jak sobie zaplanowałem, ale na pewno zapamiętam go do końca życia a na poprawę czasu przyjdzie jeszcze dobry moment.

Organizacja, Kibice i Wolontariusze

Chciałbym z tego miejsca bardzo mocno podziękować zarówno kibicom jak i wolontariuszom. Kibice, którzy stali na całej trasie, to było coś niesamowitego! Serio! Nie było chyba takiego kilometra gdzie nie było by kibiców. Jasne, raz było ich więcej raz mniej (najmniej chyba było na podbiegu przy Sanguszki), ale wydaje mi się, że nie było takiego kilometra żeby zabrakło kibiców. Jak na polskie warunki to powiedziałbym, że kibiców było bardzo dużo. I co ważne razem z ilością szła jakość! Kibicowali i ci najmłodsi i ci starsi. Nie zapomnę starszej pary, która każdemu jednemu biegaczowi dodawała otuchy. To byli jedni z najbardziej zagrzewających do walki kibiców na trasie.

kibice

Na drugim biegunie tego kibicowskiego szaleństwa – dzieciaki. Te najmłodsze i te trochę starsze. I tu niespodzianka. Zupełnie nie myśląc o tym, że mogę stać się wielką atrakcją dla najmłodszych pobiegłem w koszulce Iron Mana. Jakaż była radość najmłodszych bo „IRON MAN PRZYBIŁ MI PIĄTKĘ!”. To było bardzo miłe. No i w końcu byli też na trasie moi znajomi i rodzina, co było mega motywujące i bardzo miłe. Wielkie podziękowania i szacun za super doping dla Krasusa i ekipy Pąpkinsowej!

Tu płynnie przechodzę do podziękowań dla wolontariuszy, którzy nie tylko świetnie się spisywali na punktach nawodnienia ale również kibicowali i zagrzewali do walki do ostatnich metrów! Wielkie dzięki dla każdego i każdej z Was za ogrom pracy, jaki włożyliście w to, żeby nam biegło się jak najbardziej komfortowo! Tu oczywiste są też zasługi organizatorów. Mógłbym wymieniać długo rzeczy, które zostały świetnie dopięte, zakomunikowane etc. Powiem tylko, że bardzo mnie zaskoczyła długość punktów nadwodnienia. Na żadnym nie zbiegałem na początek i zawsze bez problemu zdążyłem uzupełnić płyny. Na dalszych kilometrach spokojnie zdążyłem złapać nawet 2-3 kubki (bez specjalnego zwalniania). Duży plus! Wielki szacun za wszystko! W szczególności za to, że – jak to trafnie ujął Edwintak skutecznie zablokowanego całego miasta jeszcze nie było! ;). I muszę jeszcze pochwalić pomysł ustawienia tablic co 200 metrów na ostatnim kilometrze – to niesamowicie pomagało psychicznie. Chyba dzięki temu zdobyłem się ostatkiem sił na wbiegnięcie na Narodowy i na finisz w biegu!

Ludzie, dzięki którym stałem się maratończykiem

Tym ludziom powinienem poświęcić oddzielny wpis (i to nie jeden). Te nasze 6 ukończonych maratonów wieńczących program Biegaj Na Zdrowie to zasługa wielu, wielu osób. Od przedstawicieli PZU, którzy wymyślili taki świetny program (Żono, gratuluję!) po tych, którzy zgodzili się taki szalony nieco pomysł zrealizować (Michał, gratuluję odwagi i czekam na Twój debiut za rok!).

Poza pomysłodawcami na pierwszym miejscu trzeba wymienić naszego niezastąpionego trenera, który planował nasze treningi, analizował nasze dokonania, dostosowywał obciążenie w każdym tygodniu przygotowań, służył dobrą radą i podpowiadał jak biegać na kolejnych startach. Słowem był niezastąpiony! W trakcie tak długiego i intensywnego programu musiały zdarzyć się jakieś mniej lub bardziej dokuczliwe kontuzje.

W walce z nimi niezastąpiona była Ania, która na każdy ból potrafiła znaleźć większy ból, który powodował ustanie tego pierwszego bólu. Trochę to zagmatwane, ale tak to wyglądało. Dotychczas nikt z nas nie wiedział, że można dostać się do mostka przez kręgosłup ;). W każdym razie to właśnie Ania stawiała nas na nogi kiedy my już czuliśmy się jak koń po westernie.

No i wreszcie nie mniej ważna opoka naszej maratońskiej przygody – Justyna, nasza dietetyczka. Ta sama, która już na początku wprowadziła terror rygor żywieniowy i kontrolowała nasze kulinarne dokonania na regularnych konfrontacjach spotkaniach. Piszę o tym z lekkim uśmiechem, ale muszę przyznać, że Justyna dokonała cudów. Tak, jak nie wierzyłem na początku, że można żyć bez napojów gazowanych, tak teraz w ciągu roku pewnie wypiłem tyle, co wcześniej wypijałem w 2-3 dni. A i tak większość tego po maratonie ;). O ile to Grzegorz czuwał nad naszymi kondycyjnymi postępami, a Ania nad tym, aby to przebiegało bez uszczerbku na zdrowiu, o tyle Justyna włożyła sporo pracy w zmianę naszych nawyków żywieniowych oraz… Co tu dużo gadać, wszystkie moje zgubione kilogramy to jej zasługa!

At last but not at least, jak mawiają Amerykanie, wielkie podziękowania dla Agaty, która (poza wymyśleniem programu BnZ) włożyła ogrom pracy w utrzymanie narzuconej dyscypliny żywieniowej. Pomagała i wspierała na każdym kroku – od planowania każdego dnia i tygodnia tak żebym spokojnie mógł zrobić trening aż po poranne przygotowywanie posiłków na cały dzień. Kochanie – DZIĘKUJĘ! Bez Ciebie nie dotarł bym do tego maratonu, o jego ukończeniu nie wspominając!

victory

Powinienem tu podziękować jeszcze co najmniej kilkudziesięciu osobom, ale biorąc pod uwagę, że na samej trasie minąłem co najmniej 3-4 osoby dopingujące, których nie rozpoznałem, to na pewno nie uda mi się wymienić wszystkich.

Na pewno wielkie podziękowania lecą do:

  • sklepu MM Sport, jedynego polskiego dystrybutora marki Under Armour, za wsparcie sprzętowe;
  • New Balance Polska za buty, które poniosły mnie zarówno na połówce jak i na pełnym maratonie;
  • Mateusza Jasińskiego za wiele ciepłych słów, pozytywny przekaz i dobrą energię;
  • Karsusa (raz jeszcze) za to, że jest chodzącą inspiracją;
  • Kasi i Bartka, za te wszystkie publikacje z poradami i swoimi doświadczeniami – czytam, podziwiam i zastanawiam się gdzie Wy macie jakiś „sufit”?!
  • Dori, za to, że przywróciła mi radość z ukończenia tego maratonu, tłumacząc, że tylko 1% ludzi na świecie go przebiegł. Nie wiem czy to prawda. Nie ważne! Dzięki Mała! ;)
  • oraz do wszystkich znajomych biegaczy i biegaczek którzy nie tylko służyli radą czy dobrym słowem, ale przede wszystkim inspirowali i zachęcali przykładem do ciężkiej pracy i dawania z siebie 100% na każdym treningu,
  • dla wszystkich, którzy od początku trzymali kciuki i wierzyli, że koleś z niemałą nadwagą może niedługo przebiec maraton, oraz dla tych którzy nie wierzyli bo to jeszcze bardziej motywowało do ciężkiej pracy.

Więcej podziękowań nie będzie bo mi się oczy zaczynają pocić!


Zdjęcia: jak zawsze niezawodny fotomaraton.pl

No votes yet.
Please wait...
Paweł Lipiec Opublikowane przez:

Kiedyś dość intensywnie trenowałem Kung-fu, jednak po dość długiej przerwie trudno było wrócić do treningów. Początkowo bieganie miało być drogą powrotną do sztuk walki, ale już po kilku miesiącach spodobało mi się tak bardzo, że nie zamierzam z biegania rezygnować.

  • Tak czytałąm ten fragment o walce i czułam się jakbym biegła ale mnie ktoś trzymał, że nie mogłam.
    W sensie chodzi mi o to, że bardzo dobrze przekazałeś emocje :)

    Jak również gratuluje tak ogromnego wyczynu jakim jest skończenie tej trasy zwłaszcza w tak hardkorowych doznaniach :)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Dzięki wielkie Eri :)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Joanna Krzak

    Gratuluję z całego serca !!! Choć trochę przykro , żę ten ból tak ci pomieszał szyki, ale mam nadzieję , że nie ma tego złego co na dobre nie wyjdzie! No i jestem pod wielkim wrażeniem, bo jeszcze daleka droga do moich 42km. :)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Chyba już zdiagnozowaliśmy (przy wyraźnej pomocy fizjo) skąd te skurcze, więc mam teraz kilka miesięcy, aby popracować nad tym, żeby ich nie było przy następnym maratonie.

      A co do drogi – z bieganiem jest tak, że sama droga jest równie przyjemna co osiągnięcie celu. Ja przed maratonem biegałem sporo zawodów na 5, 10 km i trochę półmaratonów. Za każdym razem to jest wielka przyjemność, a debiut na każdym z dystansów zapamiętujesz na resztę życia. Nie ma co się spieszyć. Jak to mówią „droga jest celem”!

      No votes yet.
      Please wait...
  • Gratulacje za przebrnięcie maratonu! Trasa była (nie tylko w moim odczuciu) trudniejsza niż się spodziewałem. Poniewierała troszkę. Może nie tak jak lubelska, ale zawsze.

    No votes yet.
    Please wait...
  • Gratulacje! Obserwuję Twoje zmagania w sieci od samego początku i jestem pełen podziwu – tak trzymać!

    No votes yet.
    Please wait...
    • Dzięki Piotrek!

      No votes yet.
      Please wait...
  • Gratuluję Paweł! Twój sukces inspiruje innych. Współczuję problemów na trasie, ale wrócisz za rok i pokonasz je! :)

    No votes yet.
    Please wait...
  • Konrad Kabała

    Gratulacje! Właśnie podjąłem decyzję o swoim debiucie w maratonie i ten tekst doskonale obrazuje wysiłek niezbędny do pokonania 42 km

    No votes yet.
    Please wait...
    • Trzymam kciuki!

      No votes yet.
      Please wait...
  • Pingback: Czego o naszym blogu dowiedziałam się na Blog Forum Gdańsk?()

  • Szkoda, że debiut nie wyszedł Ci tak jak oczekiwałeś.
    To jest właśnie trudne i jednocześnie piękne w maratonie.
    Wiele detali potrafi dużo zmienić (patrz Twój skurcz) i trzeba zachować wiele pokory a do tego pamiętać o pewności siebie.

    Życzę dobrej regeneracji, znalezienia przyczyny skurczu i powodzenia – będą przecież następne maratony :)

    No votes yet.
    Please wait...
  • WarszawskiBiegacz

    Dziękuję za podziękowania. Bardzo mi miło :) Sufitu szukam, cały czas uważnie się przyglądam, żeby ie nabić sobie kiedyś dużego guza ;)

    A tak w ogóle to jeszcze raz wielkie gratulacje, że dałeś radę. Witaj w gronie maratończyków :)

    No votes yet.
    Please wait...
  • Pingback: Co po maratonie?()

  • Pingback: Lekcje z 2015 roku i plan na 2016()