Totalna katastrofa ze spektakularnym sukcesem, czyli mój debiut w TRI

Od dwóch tygodni wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły mi, żeby zrezygnować z tego startu. Organizm się buntował, psychika siadła, a ja coraz bardziej chciałam się poddać. W życiu nie spodziewałam się, że mój pierwszy triathlon w Płocku zakończy się w taki sposób.

Wszystkie kary na mnie idą

Aby nakreślić Wam pełnię okoliczności towarzyszących przed startem muszę cofnąć sie o jakieś 2 tygodnie. Dla pewności i spokoju wewnętrznego poszłam do kardiologa na przegląd serducha. Pod tym względem wszystko było super: „Ma pani piękne, zdrowe serce” – usłyszałam podczas badania. Niestety, badania krwi zlecone przy okazji wykazały sporą anemię i wskazanie od lekarza było jasne: trzy tygodnie przerwy, uzupełnianie braków i dopiero powrót do treningów. „Ale jak to 3 tygodnie?” – pomyślałam licząc ile zostało do startu…

Tydzień przed zawodami był jeszcze weselszy. I tak już ograniczone do minimum treningi przerwała jelitówka. Poniedziałek spędziłam wiec na sprintach między sypialnią a łazienką. We wtorek czułam się już dobrze, ale ponieważ od środy miałam być w rozjazdach wieczorny trening zamienił się w pakowanie na cały tydzień (w tym na zawody). Od środy do piątku szkoliłam się służbowo na Mazurach. Największą zaletą tego wyjazdu była możliwość popływania wreszcie w jeziorze i w czwartek rano pobiegania po okolicznych lasach. Ze snem i regeneracją nie było jednak najlepiej, jak to na takich wyjazdach bywa. ;) Piątkowy powrót do Warszawy przypłaciłam utratą głosu od klimatyzacji w samochodzie, a kiedy w sobotę rano zaskoczyły mnie „kobiece sprawy” – pełnia szczęścia przed startem sięgnęła zenitu. Już dawno postanowiłam, że w tych okolicznościach nie ma szans na jakąkolwiek napinkę i walkę. Podeszłam do tego startu całkowicie rekreacyjnie – z nastawieniem – byle dotrzeć do mety. I niczym mantrę powtarzałam za Bednarkiem, że „mam siłę, by przebić się przez mur swych słabości”.

Trema początkującego

Szłam na miejsce zawodów kompletnie skołowana i zdezorientowana. Kiedy Łukasz próbował mi tłumaczyć organizację strefy zmian poczułam jakby mówił do ściany. Byłam przerażona i nic z tego nie rozumiałam. Raz trzeba wchodzić do strefy z jednej, raz z drugiej strony. Odprawa techniczna jeszcze bardziej wszystko zagmatwała (pomijam kwestię, że usłyszeć na niej cokolwiek graniczyło z cudem bo głośniki były dokładnie na przeciwległym końcu tej strefy). Zrezygnowana do reszty przyjęłam strategię owczego pędu – czyli, że będę biegła / jechała tam gdzie inni.

Przed startem

Po odprawie wszyscy zostaliśmy zaprowadzeni do wody, gdzie trzeba było ustawić się do startu gdzieś pomiędzy dwoma bojami. Kiedy już znalazłam najlepszą miejscówkę na samym środku w najkrótszej linii do pierwszej boi, do której trzeba było dopłynąć, spiker ogłosił że do startu jest jeszcze 8 min. Postanowiłam więc, na tyle, na ile było to możliwe rozpływać się, by wyregulować swój oddech i złapać rytm. Na niewiele się to jednak zdało i kiedy zawyła syrena startowa miałam wrażenie, że z tych emocji i adrenaliny nie mogę spokojnie płynąć. Ruszyłam kraulem, ale co drugi ruch musiałam brać oddech, bo miałam wrażenie, jakbym dostała zadyszki. Przede mną na starcie płynęło dwóch panów. Kiedy po chwili podniosłam głowę do przodu, by sprawdzić czy płynę prosto do celu, zauważyłam, że nieźle mi odpłynęli. Co gorsza, nagle poczułam, że na moje nogi zaczyna napierać tłum. „Skąd oni się wzięli? Przecież za mną nikogo nie było? Oraz dlaczego do cholery wszyscy zaczynaja mnie wyprzedzać!?”. Ta sytuacja tak bardzo mnie zaskoczyła, że moje działanie przeszło w tryb instynktowny – „Pierdzielę, nie będę się męczyć tym kraulem dla idei, bo zaraz wszyscy mnie tu wyprzedzą” – co zrobiłam? Oczywiście, jak w każdej sytuacji stresowej to, w czym czułam się najpewniej i najbezpieczniej – zaczęłam zasuwać żabką (już tu pisałam, że to mój koronny styl) i wtedy to ja zaczęłam wszystkich wyprzedzać, a nie oni mnie! To niesamowite jak instynkt i nawyki biorą górę w takich sytuacjach. Wszystkie kalkulacje i założenia od razu wzięły w łeb. Sportowa złość zostawiła je daleko w tyle – no bo co jak co, w biegu i na rowerze jeszcze nie czuję się zbyt pewnie, więc to, że ktoś będziecie wyprzedzał było więcej niż pewne. Ale w pływaniu?! Tego moja sportowa duma nie mogła przyjąć. Tym sposobem 375 m przepłynęłam w 8 min i 16 sek (ponad 2,5 min szybciej niż na treningu w basenie kraulem).

image

T1

Kiedy wyszłam z wody i biegłam do strefy zmian któryś z kibiców krzyknął do mnie – „Dawaj, dawaj, jesteś trzecia!” Bardzo dziękuję za tę motywację. Działając w trybie sportowego fightera zaczęłam szybko kalkulować, że teraz wystarczy tylko nie dać się wyprzedzić żadnej dziewczynie i będzie super. W strefie zmian poszło mi całkiem sprawnie jak na pierwszy raz, choć najwięcej czasu zajęło mi zakładanie rękawiczek rowerowych na mokre ręce. Z butami i skarpetami poradziłam sobie dość sprawnie, ale te rękawiczki zabrały mi myślę z dobrą minutę. Nawet pomyślałam czy sobie ich nie odpuścić, ale pózniej cieszyłam się, że jednak je zabrałam. Całkowity czas T1 3 min i 40 sek.

Dlaczego ten rower tak wolno jedzie?

Kiedy już siedziałam na rowerze po raz kolejny przyszło mi do głowy – nie daj się wyprzedzić dziewczynie! – więc jechałam swoje walcząc z trudną trasą i nasłuchując, czy ktoś zbliża się za plecami. W pewnym momencie przed sobą zobaczyłam jadącą dziewczynę, do której to ja się zbliżałam. „O, może uda mi się ją dogonić?” – przeszło mi przez myśl. Po chwili zjeżdżaliśmy dość stromo w dół, a na końcu tego zjazdu był ostry zakręt 90 stopni w lewo, a na środku wielka kałuża. Ja patrzę, a dziewczyna, która była już na wyciągnięcie ręki wpada w poślizg i składa się z rowerem na bruku. Ja i dwie osoby jadące obok natychmiast próbujemy wyhamować aby nie zrobić tego co ona i w dodatku jakoś ją wyminąć. Uff ufało się, ale to znacznie osłabiło moją chęć rywalizacji i kazało rozsądniej jechać i mocno uważać na zakrętach. Trasa była trudna, a całości nie ułatwiał lejący się z nieba żar. Na drugim okrążeniu popełniłam jeden drobny błąd, zbyt późno przełączając przerzutkę przed podjazdem, na czym straciłam kilka sekund, szczęśliwie nikt wtedy mnie nie wyprzedził. Z kolei na ostatniej prostej kiedy cisnęliśmy po betonowych podkładach złapałam się na myśli: „Dlaczego ten rower tak wolno jedzie”, co by wskazywało na to, że miałam jeszcze spory zapas w nogach. 8 km rowerem przejechałam w 22 min i 45 sek.

image

T2

Najtrudniejszym dla mnie momentem w triathlonie jest zejście z roweru i przejście do biegu. Tutaj powrót do strefy był z górki co trochę ułatwiało zbieg, ale i tak miałam wrażenie, że to nie moje nogi, że nie do końca ogarniam co się ze mną dzieje i co ja tutaj robię. Wcześniej po takiej zmianie na treningu potknęłam się o własne nogi i przewróciłam na prostej drodze. Teraz szukając swojego miejsca w strefie zmian nie zauważyłam nóżki od barierki i nagle poczułam że lecę na ziemię, a na mnie mój rower. Szybko udało mi się pozbierać (choć zdarte kolano, stłuczoną pierś i trochę siniaków jeszcze przez kilka dni bedzie mi przypominać tę efektowną wywrotkę). Odwiesiłam rower, kask zamieniłam na czapeczkę i zdezorientowana zaczęłam rozglądać się, gdzie mam biec. Czas zmiany (z wywrotką) 1 min 03 sek.

Człap, człap, człap

Zaczęłam biec, a raczej człapać. Było tak gorąco, zbliżało się południe a my biegliśmy w szczerym słońcu pod górę najpierw po stromej skarpie, potem po brukowanymi chodniku. Nie miałam pojęcia jakim tempem biegnę, miałam wrażenie, że dużo wolniej niż na treningu, ale było mi już wszystko jedno. Kolano szczypało coraz bardziej a ja modliłam się o trochę wody i żeby to się wreszcie skończyło. Po nawrotce widziałam i mijałam osoby biegnące za mną. Większość szła. Próbowałam dopingować dziewczyny, którym, z tego co widziałam, było jeszcze ciężej niż mi. Niektóre dzięki temu wracały do truchtu, to było super. Odliczałam już metry do końca, kiedy się okazało, że za chodnikiem wcale nie wraca się na metę, tylko jeszcze spory kawałek trzeba zbiegać po stromej skarpie a potem biec miejscami po głębokim piachu. W jednym może na metr długim miejscu był cień i tam stali wolontariusze z wodą. Podziękowałam za ten zbawienny łyk wody, drugi kubeczek wylałam sobie na kark i poczłapałam dalej. Zza krzaków, gdzie była meta usłyszałam „witamy pierwszą kobietę na mecie!”. Pomyślałam sobie, że może jednak uda się zrobić w miarę przyzwoity wynik, ale nie miałam pojęcia ile dziewczyn jest jeszcze przede mną, a przyspieszyć nie miałam siły. Przy wybiegu na ten najtrudniejszy odcinek piaszczystego odcinka trasy usłyszałam Łukasza, który zaczął drzeć się na mnie w niebogłosy „mocniej rękami pracuj”, „nie daj się wyprzedzać!” A ja jedyne co miałam wtedy w głowie to „niech to się to wreszcie skończy”, „nie krzycz na mnie, bo już nie mam siły”. „Za tym zakrętem masz ostatnie 100 metrów do mety, leć” krzyknął na koniec a ja resztką sił poczłapałam dalej. Spojrzałam na zegarek – pokazywał 50 minut. Wow! Skończyłam poniżej godziny? A zakładałam 1:05-1:10! Nie mogąc w to uwierzyć odbierałam już medal i wodę na mecie. Paweł z Zuzią czekali na mnie kawałek dalej.

image

Co ja zrobiłam?

Półlitrową buteleczkę wody wypiłam niemal duszkiem. Poszłam po rzeczy do strefy zmian i usiedliśmy na posiłek regeneracyjny, by trochę ochłonąć. Po chwili znalazł nas Łukasz i pyta: „I jak? Podobało się?” -„Jeszcze nie wiem” – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Szybko zjadłam, bo mieliśmy zaraz jechać dalej w trasę i postanowiłam jeszcze zejść spisać sobie czasy z tablicy wyników. Znalazłam się na drugiej kartce i czytam:

LIPIEC AGATA, nr 55, WARSZAWA, WYBIEGANE.PL, 1981, m-sce open-76, K2-1, pływanie-00:08:14 (37), T1- 00:03:40, rower-00:22:46 (80), T2-00:01:09, bieg-00:15:05 (86), total-00:50:54

Yyyy… Ale jak to pierwsza w K2? Wiedziałam, że jest mało dziewczyn w tej kategorii, gdzieś tam miesiąc temu nieśmiało pomyślałam, że może jakimś cudem uda się wskoczyć na pudło, ale żeby zaraz na 1. miejsce? W debiucie? Ja? Nie mogłam w to uwierzyć. Do dziś jest mi trudno. Przecież zrobiłam ten wyścig na luzie, nie wychodząc ze strefy komfortu. Nie męcząc się ponad siły jak w Łodzi próbując złamać godzinę w biegu na 10 km. Jedyną rzeczą z jaką tak naprawdę walczyłam był upał. Najlepszym dowodem na to, że nie forsowałam się ponad siły jest chyba fakt, że ani wczoraj, ani dziś, dwa dni po zawodach, nic mnie nie boli (poza stłuczeniami z wywrotki).

image

Analizując na spokojnie (choć emocje jeszcze nie całkiem opadły) ten start zastanawiam się co jest bliższe prawdy – to, że siebie nie doceniam i nie zdaję sobie sprawy jaki potencjał we mnie siedzi, czy to (w co prędzej jestem w stanie uwierzyć), że przeciwniczki po prostu były trochę słabsze. Tak, czy inaczej, zdałam sobie sprawę, że pływanie w jeziorze to jest to co tygryski lubią najbardziej. Że żabką jestem w stanie przepłynąć każdy dystans i wyprzedzać ludzi płynących kraulem. A do takiej formy w kraulu jeszcze długa droga i wiele godzin w basenie. Że o jeździe rowerem muszę się jeszcze sporo nauczyć, a w bieganiu jestem słaba jak barszcz (2,5 km w 15:05 to średnie tempo 6 min/km).

Ale najbardziej zdałam sobie sprawę jak fajne jest to połączenie dyscyplin (choć bieg wolałabym zamienić na jeszcze jedno pływanie ;)). Jest w tym coś magicznego, coś co zmusza Twój organizm do szybkich zmian, coś, co nie pozwala Ci się znudzić jedną dyscypliną. Wiem, że dystans nie był zbyt wymagający i taki miał być. To miała być odpowiedź na pytanie: Czy chcę iść w tym kierunku? Chcę. Bardzo! Jeśli uda mi się podreperować zdrowie, to za miesiąc spróbuję kolejnego dystansu – 1/8 IM w Bydgoszczy. Malownicza i wydaje się mniej wymagająca trasa powinny pomóc w dotarciu do mety.

Gdyby nie Ty…

Przyszedł moment na podziękowania osobom, bez których w życiu nie podjęłabym się realizacji tego wyzwania. Dziękuję mojemu mężowi Pawłowi, który wspierał mnie od początku i wierzył we mnie, nawet wtedy, gdy mi tej wiary brakowało. Łukaszowi, sprawcy tego całego zamieszania, który beztrosko w marcu zapisał mnie na ten start i musiał później wielokrotnie wysłuchiwać mojego biadolenia i paniki. To prawda Łukaszu co mówisz – If You Can Dream It, You Can Do It.

Dziękuję Maćkowi, za wspólne pływanie na Mazurach, fantastyczny strój i ogarnianie naszej sekcji triathlonowej PZU Sport Team, oraz wymianę doświadczeń.

Dziękuję mojemu trenerowi pływania – Andrzejowi Stefankowi, za wszystkie cenne rady. Liczę na więcej, bo jeszcze sporo pracy przed nami :)

Dziękuję naszym partnerom – firmie Kross za udostępnienie roweru, na którym ta trudna trasa była do zrobienia, bez większego forsowania się. Oraz Under Armour Polska, naszemu partnerowi technicznemu – Maćku „I will what I want!” ;)

Na koniec dziękuję wszystkim Wam za wspieranie mnie na każdym kroku, za każde dobre słowo tu, na Facebooku czy Instagramie. Piszecie, że Was inspiruję, motywuję, że mnie podziwiacie – bez Was, bez poczucia, że są ludzie, którzy trzymają za mnie kciuki i we mnie wierzą nigdy bym nie była tu, gdzie się znalazłam.

Pół roku temu stanęłam na wadze i załamywałam ręce – 20 kg nadwagi. Przedwczoraj po raz pierwszy w życiu stanęłam na najwyższym stopniu podium i odebrałam wielki, ciężki puchar. To nagroda za te pół roku ciężkiej pracy. Dzielę się nią z Wami i DZIĘKUJĘ!

No votes yet.
Please wait...
Agata Lipiec Opublikowane przez:

Bieganie zmieniło moje życie. Bieganie zmieniło mnie. I to nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie. Czuję się silniejsza, bardziej atrakcyjna i pewniejsza siebie. Tę całą drogę i tę, która jeszcze przede mną znajdziesz na tym blogu.

  • Monika L

    Agata! Czytałam z zapartym tchem, bo muszę przyznać, że w sobotę myślałam o Twoim starcie i jak sobie radzisz w taki upał. Kiedy na fb zobaczyłam, że jesteś pierwsza nie mogłam wyjść z podziwu! Wielkie gratulacje! Twoja opowieść motywuje jeszcze bardziej do dalszych treningów oraz przekraczania granic i pokazuje, że dużo, naprawdę dużo zależy od „czystej” głowy i zdrowego podejścia. A co do tego jak sobie poradziłaś z tymi wszystkimi przeszkodami.. Może zabrzmi feministycznie, ale jesteś silna babka! Piątka!

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Dzięki :) Od dawna uważam, że jesteśmy dużo silniejsze od panów ;) i dlatego to my rodzimy dzieci :D

      No votes yet.
      Please wait...
  • Magdalena Kowalska

    Obserwuje ale mało pisze. Tym razem nie mogłam się powstrzymać :) Świetnie piszesz ale jeszcze piękniejsza jesteś osobą. Trzymam kciuki za kolejne starty :)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Bardzo dziękuję za te piękne słowa :) Odzywaj się częściej, koniecznie! :D

      No votes yet.
      Please wait...
  • Czad.

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Też tak myślę :D

      No votes yet.
      Please wait...
  • Jeszcze raz gratulacje! Bardzo fajnie opisałaś wszystko co działo się na trasie – prawie jakbym tam był i wszystko widział :)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Dzięki Łukasz :) Szkoda, że Cię nie było :)

      No votes yet.
      Please wait...
      • Jak tylko będzie coś bliżej, to na pewno będę kibicować :)

        No votes yet.
        Please wait...
  • Wielkie gratulacje! Jestem pełen podziwu. Triathlon zawsze mnie fascynował i przerażał. Wolę samo bieganie :)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Mnie też przerażał, ale o to w tym chodzi, by pokonywać siebie :)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Plansza czek w garażu, to nie jednorazówka, zatem do następnego :)
    Jeszcze raz to powtórzę, masz fajne i lekkie pióro, pisz więcej, dobrze się czyta.

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Jak tylko uda się rozciągnąć dobę to postaram się pisać częściej :)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Fajnie się to czyta. Gratulacje! :)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Dzięki ;)

      No votes yet.
      Please wait...
  • ja tam mam ciebie za wariatke, jak na wlasne zyczenie mozna się w takie wysilki wpedzać… ;)
    Gratki!

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      To prawda, trzeba być trochę szalonym ;)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Podziwiam Twoją determinację. Wyznaczasz cel i dopinasz go w 100%. Takie kobiety lubię. Silne i zdecydowane. :)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Ten to bardziej w 150% zrealizowałam, bo założenia były zupełnie inne – dobiec od mety :) Ale dzięki Kasiu, cieszę się, że tak myślisz :) Ja Ciebie też zaliczam do tego grona – w końcu jesteśmy z Wenus :D

      No votes yet.
      Please wait...
  • Wielkie gratulacje !!! I wielki szacunek :) Podziwiam – taki triathlon to na razie po za moim zasięgiem :) Serdecznie pozdrawiam :)

    No votes yet.
    Please wait...
  • Pingback: Radość biegania()

  • aaaaaaaaa masz tę moc , masz tę moc!!!
    spóźnione ale jak najbardziej zasłużone :) – kłaniam się w pas!

    No votes yet.
    Please wait...
  • Pingback: Jak zostałam w 1/8 kobietą z żelaza. Relacja z Bydgoszcz Triathlon.()

  • Pingback: 2. PZU Cracovia Półmaraton()

  • Pingback: Siła jest kobietą()

  • Pingback: Porwałam się z motyką na słońce! 5150 Warsaw Triathlon #before()