#mamcel – ukończyć 1/4 Bydgoszcz Triathlon

Jeśli kiedykolwiek przyjdzie Wam do głowy startować w zawodach bez porządnego przygotowania, powiem Wam jedno – nie idźcie tą drogą…

Rok 2015 – wbiegłam na metę kończąc 1/8 Bydgoszcz Triathlon i pierwsza myśl jaka pojawia się w mojej głowie to „już? Mogłabym drugie tyle!”. W tym roku od 3 km biegu modliłam się, żeby ta katorga wreszcie się skończyła. A w momencie przekroczenia mety miałam poczucie, że ten medal w ogóle mi się nie należy.

Droga pod górę

Po zeszłorocznym starcie zamarzyłam, by znów stanąć na starcie i zmierzyć się z dystansem 1/4 Bydgoszcz Triathlon – 950 m pływania, 45,5 km roweru i 10,5 km biegu. Czekałam na ten start rok. Od września rozpoczęłam treningi na basenie z silną grupą i dobrym trenerem z Kuźni Triathlonu. Wszystko wskazywało na to, że do lipca forma będzie jak marzenie.

A potem przyszedł grudzień. Zasłabnięcie na basenie i przymusowa przerwa. Seria badań, której jedyną diagnozą było „to pewnie hormony”. Kiedy już odpoczęłam i chciałam wrócić do treningów zaczęły przyplątywać się choroby – zapalenie płuc, jakaś angina. Dziwne, bo od lat nie zdarzało mi się tyle chorować. Zanim wróciłam do zdrowia minęły dwa miesiące, kończył się luty i wiedziałam, że grupy już nie dogonię. Odpuściłam.

W marcu wróciłam do biegania, bo ubzdurałam sobie, że przebiegnę Półmaraton Warszawski. Siłą woli, bo inaczej tego nazwać nie można. Po raz pierwszy w życiu czułam ból w nogach na zawodach, ale biegłam, bo przecież nie odpuszczę. To byłoby, no właśnie, co?…

Kolejne miesiące to rekreacyjne treningi bez większego planu. Raz w tygodniu bieg, raz w tygodniu basen. Rower? Jak pogoda pozwoli to do pracy, ale raczej sporadycznie.

Serce silniejsze niż rozum

Nagle zaczęły mi się pojawiać na FB posty 5150 Warsaw Triathlon i znów zamarzyłam o starcie. Intensywniejsze treningi na dwa tygodnie przed imprezą, to zdecydowanie za mało. Ukończyłam znów niesiona marzeniem i siłą woli. Chęć posiadania medalu z kropką nad M była silniejsza niż rozsądek.

fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl
fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl

Potem został już tylko miesiąc do Bydgoszczy. Dystans zbliżony, więc stwierdziłam, że skoro w Warszawie dałam radę, to i tu się uda. No właśnie – „uda się”, a nie „jestem gotowa, by to zrobić”. Po raz kolejny porwałam się z motyką na słońce i tym razem mocno tego pożałowałam.

1/4 Bydgoszcz Triathlon

Jedyna dyscyplina z jakiej jestem zadowolona podczas tego startu, to pływanie – o ponad minutę poprawiłam życiówkę na 800 m. W sumie dystans 950m pokonałam w 20 min. Oczywiście, gdybym nie przerwała treningów, wynik byłby pewnie jeszcze lepszy, ale wstydu nie ma. Po raz pierwszy jednak po wyjściu z wody czułam, że dałam z siebie maksa i… nie mam siły na resztę.

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl
fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

Rower robiłam wiec dość rekreacyjnie, a podjazd na pierwszym km (i powtórka w połowie dystansu, bo robiliśmy po dwa okrążenia roweru i biegu), zniszczył mnie kompletnie. Tak, poczułam brak treningów właśnie na podjazdach i podbiegach. Dziękuję wszystkim zawodnikom, którzy na trasie krzyknęli coś motywacyjnego, to pomagało wykrzesać z siebie choć trochę woli walki. Niestety, na 500 m przed metą złapałam gumę i musiałam mocno zwolnić, by dotoczyć się do belki kończącej ten etap, modląc się by za bardzo nie pokiereszować Pawłowi roweru. Paradoksalnie tych kilkaset metrów toczenia się pozwoliło mi na chwilę odpoczynku przed biegiem.

Pierwsze dwa kilometry poszły więc całkiem przyzwoicie, jak na moją formę, bo zegarek pokazywał tempo ok 6:30. Liczyłam, że jeśli uda mi się je utrzymać, to będzie przyzwoicie. Nic z tych rzeczy, szybko osłabłam i ok 4 km, kiedy przebiegłam przy hotelu, w którym nocowaliśmy miałam ochotę zejść z trasy, wejść do pokoju i zaszyć się pod kołdrę. Nie widziałam sensu by biec dalej. Jedyne co pchało mnie do przodu to myśl, że Paweł z Zuzią czekają gdzieś przy mecie.

fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl
fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl

Truchtałam wiec dalej. Kiedy kończyłam pierwsze okrążenie, zobaczyłam moją rodzinkę w grupce kibiców. Zuza z wielkim uśmiechem, wyciągniętą ręką i hasłem „Poproszę piątaka”, tak bardzo mnie rozczuliła, że postanowiłam nie odpuszczać i jak najszybciej przebiec to drugie okrążenie, by do niej wrócić. Niestety już za strefą mety, gdy znów wybiegłam do parku, zaczęłam odczuwać lekki ból w lewym udzie. Prawdopodobnie od delikatnego nachylenia trasy w stronę rzeki. Widząc jednak panów, którzy walczyli z silnymi skurczami i co chwila przystawali, by je rozmasować stwierdziłam, że to pikuś. Z drugiej strony, pojawiły się myśli, że gdyby coś takiego działo się mi, to miałabym przynajmniej pretekst by skończyć tę nierówną walkę. A tak wkurzając się tylko na siebie, że nie potrafiłam powiedzieć sobie stop, kiedy był na to czas – przed startem – człapałam do mety.

Kiedy już znalazłam się znów przy hali Łuczniczka bardzo chciałam, by to wszystko wreszcie się skończyło. Nie miałam siły na finisz, chciałam po prostu dobrnąć do mety. I wtedy, z grupy kibiców wyskoczył na trasę chłopiec. Miał może 10-12 lat i identyfikator wolontariusza na szyi. Wyskoczył i zaczął do mnie krzyczeć – Ja Pani pomogę! Proszę biec ze mną! Już blisko! Dalej, do mety! Brawa dla tej Pani! – krzyczał do kibiców i ciągnął mnie tym swoim entuzjazmem narzucając tempo, jakim nie biegłam już dawno. Cieszyło mnie to i wkurzało jednocześnie, bo już naprawdę nie miałam siły, a jednocześnie głupio było mi odpuścić przy takim „zającu”. Wbiegłam na metę i myślałam, że umrę. Nie cieszyłam się. Nie było czym. Byłam potwornie zmęczona i chciałam jak najszybciej odpocząć.

fot.Pawel Naskrent/Maratomania.pl
fot.Pawel Naskrent/Maratomania.pl

To nie były dla mnie dobre zawody, choć organizacyjnie impreza znów zachwyciła. Zrozumiałam jednak jedną ważną rzecz – czasami warto odpuścić i to nie jest nic złego. Muszę się tego w końcu nauczyć.

Please wait...
Agata Lipiec Opublikowane przez:

Bieganie zmieniło moje życie. Bieganie zmieniło mnie. I to nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie. Czuję się silniejsza, bardziej atrakcyjna i pewniejsza siebie. Tę całą drogę i tę, która jeszcze przede mną znajdziesz na tym blogu.

  • Wojciech Kołacz

    No i znowu połknąłem relację jednym tchem :) powiem tyle: dałaś radę koniec i kropka z M ;) ;) GRATULACJE :)

    Co do pauzy pisałem w swoim Żabkowym Kajecie:
    „Czasem po prostu najlepszym treningiem czy też wykonaną pracą jest brak działania. Trzeba umieć się wyłączyć i złapać oddech.” Amen!

    Please wait...
    • Agata Lipiec

      To prawda, tylko włączenie się na nowo jest mega trudne. Cóż, widocznie jeszcze nie czas. Zeszły rok był mega intensywny, widać ten ma być spokojniejszy. Mam nadzieję, że wrócę silniejsza :)

      Please wait...
      • Wojciech Kołacz

        Wrócisz podwójnie silniejsza.. mam nadzieję, że widzimy się za rok w Bydgoszczy :)

        Please wait...
  • Joanna Krzak

    Człowiek całe życie się uczy i tak w sumie to nigdy nie wiadomo, które zawody okazują się najważniejsze, a po tym starcie jesteś o tę całą wiedzę mądrzejsza. Teraz może być tylko lepiej! Ale i tak wielkie brawa za tę walkę!

    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Dzięki Joasiu, to prawda :)

      Please wait...
  • Jak ja lubię czytać te Twoje teksty! Gratulację za ukończenie ale przede wszystkim za refleksję!

    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Dzięki Waldek :)

      Please wait...
  • Michał Osiński

    Nie czytałem tego bloga od pewnego czasu, ale widzę, że brakowało mi takich wpisów gdzieś w internetach. :-) Dzięki Agata i co tu dużo mówić – gratuluję :-)

    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Dobrze, że wróciłeś :)

      Please wait...
  • Wzruszył mnie ten tekst bardzo, mam łzy w oczach. Dzięki!

    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Dziękuję, nie spodziewałam się, że może tak działać ;)

      Please wait...