Jak żyć, czyli krótka historia o ludziach

Po tym jak Agata opowiedziała swoją sportową historię (por. Trenerzy życia – moja sportowa historia) nie pozostało mi nic innego jak poświęcić kilka chwil na opisanie moich lat młodości.

Każdy w swoim życiu podejmuje takie kroki, które nie wydają się wielkimi, życiowymi decyzjami, nie są rewolucyjne ale z perspektywy czasu okazują się bardzo istotne, bo kształtujące nas na całe życie. Dziś chcę Wam opowiedzieć o tym, jak tacy ludzie kształtują nasze życie.

Jedną z takich decyzji, dla mnie było rozpoczęcie treningów Kung-fu. Decyzja była podyktowana bardzo przyziemnymi pobudkami – chciałem podbudować kondycję fizyczną. Wtedy nawet nie miałem chęci ni ambicji aby trenować na poziomie wyższym niż „czysto amatorska rozrywka zapewniająca jako taką sprawność“.

Bardzo szybko okazało, że Kung-fu to nie sport – to sposób życia. Wysiłek fizyczny to jedno, ale z perspektywy czasu widzę jak duży wpływ na mnie i moich rówieśników z grupy treningowej mieli trenerzy. Dopiero po latach zdałem sobie sprawę, jak bardzo to oni, obok rodziców i szkoły, nas ukształtowali i jak wielkie szczęście mieliśmy, że trafiliśmy na tak dobrych i światłych ludzi. Nie boję się zaryzykować tezy, że te kilkanaście lat treningów, spotkań i rozmów z moimi trenerami-mistrzami ukształtowały mnie bardziej niż szkoła czy rodzina.

Do tej pory mam ogromny szacunek do ludzi, których spotkałem w tamtym czasie. Trudno w kilku zdaniach odpowiedzieć na pytanie jaki był ich wkład i co takiego udało im się zrobić, że ukształtowali przez te lata treningów co najmniej kilka setek młodych ludzi. Wielu z nich dzięki tym spotkaniom wyrosło na ludzi, którzy nie tylko zeszli z ciemnej i krętej ścieżki, na której każdy stoi na bakier z prawem, ale też mają silny (i niezbyt giętki) kręgosłup moralny.

Słyszę często, że sport kształtuje młodych ludzi. Moim zdaniem to nieprawda. Kształtują ich trenerzy, mentorzy, przywódcy, którzy potrafią takiego młodego człowieka zainspirować i przekonać, że prosta droga to nie to samo, co dobra droga. Ludzie, którzy potrafią powiedzieć innym „nie idź na skróty, bo nie warto“, ludzie potrafiący przekonać do systematycznej, ciężkiej i konsekwentnej pracy. Ci, którzy potrafią przekonać do tego, że na efekty trzeba czasem poczekać – to oni kształtują młodych ludzi. Samo uprawianie sportu nie wiele w tej materii wnosi. Wszystko jest zasługą ludzi.

Kilkanaście lat treningów nauczyło mnie kilku rzeczy.

Wszystko jest względne. Moi znajomi twierdzili, że dekada treningów, startów, wyjazdów i szkoleń to bardzo dużo i pewnie umiem już prawie wszystko. Ja każdego dnia na sali treningowej spotykałem ludzi z doświadczeniem dwukrotnie większym niż moje, którzy powtarzali, że jeszcze niewiele się nauczyli. Wtedy brałem to za przejaw delikatnej kokieterii, ale teraz wiem, że mówili to z głębokim przekonaniem wynikającym z doświadczenia, a nie fałszywej skromności. Im dłużej trenowaliśmy, im więcej potrafiliśmy, tym dosadniej docierało do nas, jak dużo jeszcze przed nami.

Na każdą kosę znajdzie się kamień. Nie ważne jak jesteś dobry w tym co robisz. Zawsze znajdzie się ktoś kto będzie lepszy. Trafi na Twój słabszy dzień, Ty trafisz na jego dobry, okażę się, że ma większe doświadczenie…

Skromność jest dobra. My, Europejczycy mamy problem ze skromnością. Gdybyśmy mieli ją spersonifikować, byłaby małą, zakompleksioną dziewczynką odzianą w łachmany. Skromność nie polega na tym, aby umniejszać swoje zasługi, ale na docenianiu wkładu otoczenia w osiąganie wyznaczonych celów. To, że sportowcy – ci najwięksi – po spektakularnych sukcesach dziękują swoim rodzinom, trenerom i całemu sztabowi ludzi, którzy z nimi na taki sukces pracował, nie jest przejawem kurtuazji a skromności właśnie. Skromności rozumianej jako świadomość wkładu otoczenia, bez którego nikt nie osiągnie swoich małych i dużych sukcesów.

Uczciwość i determinacja. Iluż to ja widziałem przez te lata „cwaniaków“, którzy myśleli, że jak zrobią jedną pompkę mniej to trener nie zauważy. Zauważał, ale od pewnego poziomu już na to nie reagował. Wszyscy Ci „kanciarze“ odpadli. Nie dlatego, że ta jedna pompka i trzy brzuszki co trening spowodowały, że byli słabsi. Oni po prostu byli mniej zdeterminowani. Z grupy, która w pierwszym roku liczyła 20-30 osób po 2 latach zostawało mniej niż dziesięciu chętnych, a po trzech latach jedna czasem dwie osoby. Reszcie brakowało determinacji i cierpliwości do pokonywania dalszej drogi. Widocznym dowodem poczynionych postępów były pasy w różnych kolorach, jednak po pierwszym egzaminie (po pierwszym roku treningów) kolejne odbywały się co 3-4 lata. Do trzeciego poziomu docierali nie najsilniejsi, tylko najbardziej zdeterminowani. Reszcie brakowało widocznych oznak progresu w postaci kolorowego paska. Zabrakło im cierpliwości i determinacji.

Życie to nie sprint, tylko maraton. W jakimś wywiadzie ostatnio przeczytałem te słowa i z miejsca przypomniało mi się te kilkanaście lat treningów i obozów, w trakcie których tego właśnie próbowano nas nauczyć (a do mnie dotarło to dopiero teraz). Czasem trzeba dziś odpuścić, żeby jutro móc działać ze zdwojoną siłą. Jeśli dziś dasz z siebie wszystkiego – jutro rano nie wstaniesz. Generalnie bardzo szybko nauczyliśmy się nie robić wszystkiego na raz i rozkładać odpowiednio siły. Kiedy trener mówił, że dwa treningi w tygodniu są wystarczające, a my nie wierzyliśmy skończyło się zakwasami. Kiedy później utrzymywał, że znajdziemy czas na 5-6 treningów w tygodniu – też miał rację. Wszystko w swoim czasie i w odpowiednich dawkach.

Takich lekcji wyniosłem dużo więcej, ale nie o to chodzi aby teraz wyczerpać całe spektrum. To, co chcę powiedzieć, to że z pozoru błaha decyzja o rozpoczęciu treningów, tylko po to by poprawić kondycję, zmieniła mnie, jako człowieka. Jestem przekonany, że gdyby nie ludzie spotkani dzięki tej banalnej decyzji, byłbym innym człowiekiem. Każdego dnia, przy podejmowaniu mniej lub bardziej istotnych decyzji widzę jak te kilkanaście lat wpłynęło na to czym się kieruję i co jest wtedy dla mnie ważne.

Być może też macie wspomnienia osób, które mocniej ukształtowały Wasz charakter. Podzielcie się swoimi historiami.

foto z foundercode.com

Please wait...
Paweł Lipiec Opublikowane przez:

Kiedyś dość intensywnie trenowałem Kung-fu, jednak po dość długiej przerwie trudno było wrócić do treningów. Początkowo bieganie miało być drogą powrotną do sztuk walki, ale już po kilku miesiącach spodobało mi się tak bardzo, że nie zamierzam z biegania rezygnować.

  • Michał

    Piękny wpis. Przypomniałeś mi wiele sytuacji ze wspólnych treningów sprzed lat. Zawsze żałowałem, że przestałem trenować, bo studia, bo praca etc. Próbowałem wracać do ćwiczeń, które tak kochałem – poznałem Tai Chi i równie świetnego trenera jakich mieliśmy w sekcji bemowskiej. To również minęło, powód błahy. Wszystkich tych treningów i wspólnie wylanego potu bardzo mi brakuje, już nie wspominając o tym, że bez nich ciało słabnie i obrasta w tłuszcz. Paweł, może masz radę dla starego kolegi, jak wrócić na dobre tory i wziąć się za siebie? Potrzebuję motywacyjnego kopa :)

    Edit: Widzę, że są też artykuły dotyczące motywacji. Zajrzę tam :)

    Please wait...
    • Brakuje Ci motywacji?! To 50!! ;)

      U mnie zadziałało wejście na wagę – nic tak nie motywuje jak trzycyfrowe „wyniki”.

      Please wait...