Jak zostałam w 1/8 kobietą z żelaza. Relacja z Bydgoszcz Triathlon.

450 m pływania, 22 km na rowerze i 5 km biegu to dystans 1/8 IM w Bydgoszcz Triathlon. Dla tych, co trenują i startują w triathlonie to nie jest długi dystans. Dla tych, którzy znają ten sport tylko z opowieści, 1/8 IRONMANa brzmi groźnie i niewyobrażalnie. Dla mnie to po raz kolejny była walka z własną głową, bo jak się okazuje ciało dałoby radę i więcej.

T-shirt for today #ItAlwaysSeemsImpossibleUntilItIsDone #tshirt #motivation #goodmorning #IfYouCanDreamItYouCanDoIt #polishgirl #gold

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Agata | Wybiegane.pl (@ghati)

„It always seems imposible, until it’s done”

To zdanie idealnie opisuje to, co czułam przed zawodami. Cieszę się, że w tygodniu miałam sporo pracy, bo dzięki temu odsuwałam myśli o starcie na później. „Później” przyszło w piątek po pracy. Paweł wracał do domu dopiero wieczorem, ja sama z Zuzanną pakowałam nas na wyjazd do Bydgoszczy. A w głowie toczyła się prawdziwa rewolucja. Panika i niepewność zaczęły grać pierwsze skrzypce. Dystans jaki miałam pokonać w niedzielę wydawał się nieosiągalny.

Pływanie, jak pływanie – 500 m zrobię spokojnie, mało tego chcę je zrobić mocno i szybko, ale, jeśli tak zrobię, to czy wystarczy mi sił na resztę?

Rower – 22,5 km – to przerażało mnie najbardziej. Taki dystans zrobiłam tylko raz weekend wcześniej. Z przyjemnością miało to niewiele wspólnego, bo Pawła siodełko (startowałam na jego szosówce KROSSa) okazało się zupełnie niepasujące do mojej anatomii. W popłochu po tym treningu zaczęłam szukać informacj na temat różnic w damskich i męskich siodełkach. Moja intuicja okazała się słuszna – jesteśmy inaczej zbudowani, więc siodła trochę się różnią. (Zainteresowanych odsyłam np. tutaj). Żeby nie generować dodatkowych kosztów przed startem zdecydowałam, że zabieram siodełko od mojej Bisi. Paweł i Kuba z Krossa, płakali jak zobaczyli tę piękną szosówkę z wielkim turystycznym siodłem (taka profanacja;)), ale ja zyskałam nieco na pewności, bo już krótka przejażdżka w piątkowy wieczór pokazała, że jest mi dużo wygodniej.

image

Totalnie niewyobrażalne było dla mnie w ten piątkowy wieczór, jak, jeśli jakimś cudem uda mi się przejechać te 22,5 km, przebiegnę potem jeszcze 5 km?

Nieznośne myśli kłębiły się w głowie. Ja stawałam sie coraz bardziej nerwowa i złośliwa. Warczałam z byle powodu i najchętniej zamknęłabym się w jakiejś izolatce, żeby rykoszetem nikt ode mnie nie oberwał. Niestety nie dało się i w sobotę doszło do paru poważnych starć słownych z Pawłem, ale liczę, że mi to wybaczy (choćby dlatego, że przed swoimi zawodami wcale nie jest lepszy) ;)

Bydgoszcz

Na miejsce dojechaliśmy koło południa. Odebrałam pakiet startowy, przeszliśmy przez Expo – dzięki czemu mój asortyment powiększył się o nowy czepek i okularki do pływania – i poszłam testować nowy sprzęt na treningu pływackim, jaki organizatorzy wyznaczyli w południe. To był fantastyczny pomysł. Nie mam problemów z otwartymi akwenami, ale w rzece jeszcze nie pływałam. Szczerze, mam do rzek większy respekt niż do morza i raczej unikałam okazji do pływania w nich. Tym bardziej możliwość spróbowania się jeszcze przed startem była nieoceniona. Zabawne doświadczenie, bo płynąc pod prąd nie czułam, żeby on był, ale gdy tylko zmieniłam kierunek, to różnica w sile płynięcia była znaczna. Cieszyłam się, że na moim dystansie będziemy płynąć z prądem. Pozostawało tylko wywalczyć dobrą pozycję na starcie.

W tym miejscu chciałam serdecznie podziękować organizatorom Bydgoszcz Triathlon. Obserwowałam komunikację tego eventu od wczesnej wiosny i była ona książkowa. Organizacyjnie wszystko dopięte na ostatni guzik z pełną dbałością o zawodników, którzy na tej imprezie byli naprawdę najważniejsi. Trudno uwierzyć, że impreza była organizowana po raz pierwszy, bo sprawiała wrażenie wydarzenia z wieloletnim doświadczeniem. Racebook, który dostaliśmy mailem tydzień przed imprezą odpowiadał na wszystkie pytania jakie pojawiały się w głowie i na te, które nie zdążyły się jeszcze w niej pojawić. Jedna jedyna rzecz, której mi osobiście zabrakło, to oznaczenie kilometrów na trasie biegowej, ale o tym później. Szczerze nie dziwię się tak ogromnemu zainteresowaniu imprezą (wystartowało w sumie 1500 osób), bo marketingowo i organizacyjnie wielu mogłoby się uczyć na tym przykładzie.

Osobiście cieszę się również, że w tych zawodach startowało kilkoro znajomych, przy których (podczas wspólnego obiadu i kolacji) dręczące mnie myśli i narastający stres na chwilę odchodziły na drugi plan. Zainteresowani wiedzą o kim mówię. Bardzo Wam dziękuję za ten wspólny czas.

Chwile jak te…

I nadeszła niedziela. I nic nie było tak, jak sobie zaplanowałam. A może bardziej wyszedł mój brak doświadczenia? Ale po kolei. Parę minut po ósmej odstawiłam swój rower i rzeczy do strefy zmian i stwierdziłam, że skoro mój start jest o 10:10 to mam jeszcze sporo czasu nawet do rozgrzewki i poszłam jeszcze chwilę pobyć z bliskimi. Koło 9-tej weszłam do strefy by zacząć odprawiać swoje rytuały, posłuchać muzyki, wyciszyć się i skupić przed startem. Jakież było moje zdziwienie kiedy po chwili podszedł sędzia i kazał opuścić strefę. Szybko schowałam telefon i słuchawki, złapałam czepek i okulary i zdezorientowana zaczęłam szukać dojścia do strefy startu pływania. Trochę mnie ta sytuacja wybiła. Pół godziny stania i bardziej lub mniej fortunnych prób rozgrzania się przed startem powodował we mnie narastającą irytację. Bolał mnie brzuch, zaczynało mnie mdlić i nie wiedziałam czy to objawy stresu, czy jakaś niestrawność (mimo, że raczej pilnowałam się z tym, co jadłam przed startem). Niby przeczytałam racebooka kilkukrotnie, ale okazało się, że niewystarczająco dużo uwagi poświęciłam rozpisce czasowej. Pół godziny przed startem wchodzenie do wody wydawało mi się dużo za wcześnie. Kiedy zaś wreszcie namyśliłam się, że to dobry moment żeby się rozpływać, sędziowie właśnie zarządzili wyjście z wody i klops…

O 10:05 wreszcie mogliśmy wejść do wody i ustawić się do startu. Tu zaczęła się straszna kipiel. Prąd znosił nas w kierunku bojek startowych, sędziowie krzyczeli, żeby się cofnąć. Część ludzi się cofała, część nie. Nagle grupa zawodników z przodu zaczęła płynąć, mimo braku jakiegokolwiek sygnału do startu. Zdezorientowana i ja zaczęłam płynąć i po kilku metrach, będąc na wysokości bojek usłyszałam strzał. Do dziś nie wiem, czy to był falstart, czy co, ale zadziałało na moją psychikę bardzo źle. Po prostu odechciało mi się płynąć. Niby płynęłam, ale w głowie strasznie się zblokowałam. No bo bez sensu i tak ich nie dogonię, nie tak miało być, nie tu miałam się ustawić i co tak naprawdę tu się wyprawia? Płynęłam z tymi myślami chyba przez pół dystansu. Nawet nie wiem jakim tempem, ale miałam wrażenie, że strasznie wolno (mimo, że to ja wyprzedzałam a nie mnie). W pewnym momencie po lewej stronie zbliżył się do mnie jakiś gościu i w pierwszym momencie nawet odpuściłam („no płyń w cholerę i daj mi spokój”) ale gdzieś tam z tyłu głowy pojawiła się myśl, „ej, chwila, nie przyjechałaś tu na spacer, bierz się do roboty, co cię będzie koleś wyprzedzał”. W tym momencie na horyzoncie zaczęłam już widzieć bojki przy których kończył się dystans. „Widzisz, już niedaleko, więc dawaj laska, czas przyspieszać.” Tym sposobem udało mi się w miarę przyzwoicie dopłynąć do brzegu, w bardzo dobrym, jak się okazało czasie 7 min i 18 sekund (czyli mimo 100 m dłuższego dystansu minutę szybciej niż w Płocku, ale to dzięki temu, że płynęliśmy z prądem).

pływanie

Po wyjściu z wody zaczął się długi dobieg do strefy zmian (choć bardziej doświadczeni koledzy twierdzili, że widzieli już dłuższe), dla mnie te 350 m to jednak była spora odległość, ale dzięki temu zdążyłam lekko obeschnąć. Wpadłam do strefy – kask, okulary, skarpetki, buty, rękawiczki, rower i lecę… Ej, na kierownicy został numer startowy. Szybko założyłam go na siebie, jeszcze otworzyłam baton Chia Charge, żeby nie męczyć się z tym już jadąc rowerem i wybiegłam ze strefy. Wydawało mi się, że ta zmiana przebiegła błyskawicznie, a w rzeczywistości zajęła mi aż 4,5 min! Biorąc pod uwagę, że pływanie zrobiłam 3 min szybciej niż zakładałam, to całą tę przewagę wytraciłam w strefie zmian. Ale mówi sie trudno i jedzie się dalej…

Wsiadłam na rower i zaczęłam pedałować. Jechało mi się całkiem dobrze, nawet momentami cisnęłam dość mocno. Średnia prędkość wyszła ok 27,3 km/h a maksymalna wg zegarka 46,9 km/h (nawet nie pamiętam w którym momencie mogłam tak szybko jechać). Jedyna myśl jaka towarzyszyła mi na tym etapie, to że nie mogę jechać za mocno, żeby mieć jeszcze siłę później biec. Bywały jednak momenty kiedy wściekałam się sama na siebie i mówiłam: „ale dlaczego niby nie? jak nie teraz to kiedy? pierdzielę, najwyżej padnę na biegu, a przynajmniej nie będę później miała do siebie pretensji, że nie dałam z siebie wszystkiego”. Nie wiem ile osób wyprzedziłam po drodze, ale zależność była prosta – jak było pod górę to mnie wyprzedzali, a jak płasko albo z góry to ja. Jeden śmieszny „pojedynek” pamiętam. Próbował mnie wyprzedzić gościu na rowerze miejskim, takim z wypożyczalni (była osobna kategoria dla tego typu śmiałków). No więc widzę z lewej, że ktoś się ze mną zrównuje takim rowerem i wtedy uruchomił się we mnie instynkt sportowca – „O nie, to już przesada, na takim rowerze mnie gościu nie wyprzedzisz” i nie dałam się! I teraz sobie myślę, że w sumie było więcej takich sytuacji, że mogłam się bardziej w sobie zebrać i nie dać się wyprzedzić, ale jak się ma w głowie, że rower jest twoim najsłabszym ogniwem, to nie kalkulujesz, tylko jedziesz przed siebie, byle dojechać.

rower

Wkurzało mnie nieco, że zawsze w momencie kiedy zaczynałam wyprzedzać wzmagał się wiatr i trudniej było przyspieszyć. Tak samo działo się na długich prostych i zjazdach z górki – wiatr prosto w twarz. Dopiero później pomyślałam sobie, że po pierwsze to lepiej jak pod wiatr jest z górki niż pod górkę, po drugie (co w ogóle nie przyszło mi do głowy w trakcie wyścigu), że ten wiatr to równie dobrze mógł być pęd powietrza przy większej prędkości (hehe brawo ja!). Tak czy inaczej jak już wiedziałam, że został ostatni kilometr zgodnie z radami bardziej doświadczonych kolegów przełączyłam się na niższe biegi i zaczęłam pedałować jak szalona żeby przygotować nogi na przejście do biegu. Tak bardzo zależało mi na tym, żeby tym razem się nie przewrócić, że finiszując na rowerze myślałam tylko o tym. Ledwo wyhamowałam przed linią zejścia z roweru, tak się zdziwiłam, że to już i na nogach z waty wbiegłam do strefy zmian. Zerknęłam na zegarek i nieźle się zdziwiłam kiedy zobaczyłam czas 59 min. W pierwszym momencie pomyślałam, że to czas roweru, bo tyle zakładałam że on mi zajmie, ale po chwili uświadomiłam sobie, że zegarek w trybie TRI pokazuje czas całości. Byłam na tyle zaskoczona, że stwierdziłam, że to bardzo dobrze, bo teraz mogę sobie po prostu powoli dobiec truchtem do mety. Wstawiłam rower, zdjęłam kask, chwyciłam czapeczkę i poleciałam na bieg. Tym razem spędziłam w strefie zmian tylko minutę.

Kiedy minęłam sędziów i matę z pomiarem czasu złapała mnie tak paskudna kolka, że myślałam dłuższą chwilę, czy nie przejść do marszu. Stwierdziłam jednak, że to będzie najgorsze co mogę zrobić, poza tym skupiałam się cały czas na tym, żeby się nie przewrócić, więc postanowiłam, że będę sobie tak dreptać po swojemu aż mi nie przejdzie (jedno i drugie) i najwyżej w drugiej części biegu przyspieszę. No i biegłam sobie nucąc w głowie Bednarka „Chwile jak te” i trochę spierając się ze sobą i z tekstem, że trzeba być mega masochistą żeby katować się w ten sposób i jeszcze traktować to jako chwile warte zapamiętania.

image

Dobiegłam do Mostowej, gdzie spiker przywitał mnie ciepło wyczytując mój nr startowy. To było bardzo miłe, choć przez chwile zdziwiłam się, czy to już meta? Na szczęście po chwili zorientowałam się, że jednak nie, ale dają wodę. Zbawienie! Przy punkcie odżywczym musiałam powalczyć nieco o swoje bo co niektórzy stawali w tym miejscu blokując dostęp i wyhamowując innych. Szczęśliwie wolontariuszka dobrze odczytała moją intencję i wyciągnęła nieco rękę, dzięki czemu ominęłam pana przede mną, jednocześnie sięgając po kubeczek od niej (przy okazji bardzo dziękuję wszystkim wolontariuszom, byliście prawdziwym, genialnym wsparciem na całej trasie!). Wypiłam dwa łyki wody, resztę wylałam na kark i wtedy stwierdziłam, że teraz mogę biec. Niestety nie miałam pojęcia ile jeszcze do mety, wiec przyspieszyłam trochę, ale znów nie na maksa bojąc się, że zabraknie mi sił na końcu. To był jedyny odczuwalny przeze mnie zgrzyt organizacyjny. Przyzwyczajona do biegów gdzie jest oznaczenie na każdym kilometrze nie potrafiłam oszacować ile już przebiegłam i ile jeszcze do mety. Tym bardziej zdziwiłam się jak usłyszałam od wolontariusza – 300 m do mety.

Ostatnie 300 metrów zasługuje na osobny akapit, bo było kwintesencją mojej gracji, uroku i uporu. Te ostatnie 300 metrów podzielić można na 3 odcinki – lekki podbieg pod górkę, schody na mostek, mostek i zbieg po schodach, oraz ostatnie 100 metrów po dywanie do mety. Podbiegłam pod górkę nie mogąc uwierzyć, że to już koniec i że przecież na końcu miałam przyspieszyć, a teraz to już za późno i jak to tak? Potem te kilka schodów, które wybiły mnie z rytmu i bieg po drewnianym mostku. Gdzieś w jego połowie, kiedy już myślami byłam na tych schodach w dół potknęłam się o metalowe łączenie desek i tradycyjnie, z wielką gracją słonia w składzie porcelany, runęłam na ziemię. Próbując nieco się wybronić przed chropowatymi deskami zrobiłam kołyskę, wstałam i jakby nigdy nic pobiegłam dalej. Byłam tak wściekła, że znowu to zrobiłam, że już nawet nie myślałam o pozdzieranych kolanach, krwawiącym palcu i całej dłoni w drzazgach. Wkurzyłam się, więc ostatnie 100 metrów do mety cisnęłam już na maksa, żeby nadrobić stracone na przewrotce sekundy. Wpadłam na metę, pomyślałam, że nie było najgorzej i mogłabym jeszcze raz, odebrałam medal, złapałam oddech i… poszłam do ratowników, żeby zdezynfekowali mi moje rany wojenne.

image

Tym sposobem mogę spokojnie odebrać puchar dla największej ofiary losu w triathlonach wszelakich. Raczej trudno szukać drugiej tak nieskoordynowanej ruchowo osoby.

Wynik? Przeszedł moje najśmielsze oczekiwania:

  • Pływanie – 00:07:18 (136. miejsce)
  • T1 – 00:04:34
  • Rower – 00:49:01 (285. miejsce)
  • T2 – 00:01:10
  • Bieg – 00:28:52 (365. miejsce)
  • Całość – 01:30:55 (289. miejsce open / 38. wśród kobiet i 7. w kat.K30-34)

GODZINA TRZYDZIEŚCI I PIĘĆDZIESIĄT PIĘĆ SEKUND! Gdyby ktoś mi to obiecał przed startem popukałabym się w głowę. Celowałam, że jak uda się skończyć w 1:40 to będzie bardzo dobry wynik. Na śniadaniu RunEat mi uświadomił, że nie policzyłam stref zmian, więc zweryfikowałam ten rezultat na 1:45. Ale, że zmieszczę się w 90 minutach (dobra bez 55 sekund, ale kto by tam się tym przejmował), to do dziś nie mogę się nacieszyć. Tak, wierzę w ten wynik i bardzo się z niego cieszę, bo wielu znajomych debiutując na tym dystansie miało gorsze rezultaty, a tylko do tego w tej chwili jestem w stanie się odnieść.

image

Co dalej?

Obiecałam sobie jeszcze przed startem, że na ten rok z triathlonem już koniec. Obiecałam to sobie przed startem, bo wiedziałam, że jeśli jakimkolwiek cudem dotrę do mety, to będę chciała jeszcze, i jeszcze, i więcej. I dokładnie tak jest. Ten sport jest gorszy od najgorszych prochów. To połączenie dyscyplin jest tak wciągające, hipnotyzujące, że mimo, że na treningach chcesz rzucić wszystko w cholerę, to 5 minut po przekroczeniu mety myślisz już gdzie by tu znowu? Nigdy nie czułam się tak na żadnym biegu, na żadnych zawodach, w żadnej rywalizacji. Wiem, że muszę wyhamować, bo zatracam się w tym sporcie kosztem innych ważnych dla mnie rzeczy. Dlatego właśnie teraz – w momencie kiedy mogłabym powiedzieć, że teraz to mogę zacząć starty na całego – zaczynam, ale wakacje, a marzenia o 1/4 IM odkładam do przyszłego roku. Z przyjemnością zrobię go ponownie w Bydgoszczy, bo organizacja i atmosfera tych zawodów zapadła mi głęboko w serce. W tym roku ostatnim sportowym wyzwaniem jakie mam w planach jest PZU Cracovia Półmaraton Królewski, który sobie wymarzyłam w maju. Ale na razie wracam do mojego biegania dla przyjemności. Mocno się już za nim stęskniłam.

Rating: 5.0. From 2 votes.
Please wait...
Agata Lipiec Opublikowane przez:

Bieganie zmieniło moje życie. Bieganie zmieniło mnie. I to nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie. Czuję się silniejsza, bardziej atrakcyjna i pewniejsza siebie. Tę całą drogę i tę, która jeszcze przede mną znajdziesz na tym blogu.

  • Chodź chodź do nas na 1/4! :) Gratuluję wczorajszego wyczynu!

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Do Was czyli gdzie? Oraz – nie kuś nawet zła kobieto :)

      No votes yet.
      Please wait...
      • Ano właśnie do Bydgoszczy. Piszesz, że z przyjemnością wrócisz. :) 1/4 jest spoko, trochę mi tylko trudno było na bieganiu… :D

        No votes yet.
        Please wait...
        • Agata Lipiec

          No to już postanowione 1/4 za rok, nie ma bata :D

          No votes yet.
          Please wait...
          • Do zobaczenia! :)

            No votes yet.
            Please wait...
  • Piękną masz tę zawieszkę! No i odpocznij teraz.

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Zawieszka stąd http://bizuteriasportowa.sklep7.pl/naszyjnik-nsch4-tri-p-581.html?sort=1a Kupiłam sobie w nagrodę za pudło w Płocku :)

      No votes yet.
      Please wait...
      • Myślałam, że może na zamówienie i zrobię sobie taką samą z chustą czy coś :)

        No votes yet.
        Please wait...
  • Łukasz Rajzer

    Serdeczne gratulacje i dzięki za utwierdzenie w przekonaniu, że te magiczne 3- musi być fajne :)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Jest, ale uważaj, bo wciąga na maksa :)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Jak na pół roku poprzeczkę z perspektywy czasu zawiesiłaś sobie wysoko, gratki!

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      zobacz ile udało się wypracować w ciągu minionego pół roku – od zera do 1/8 IM. Jeśli nic po drodze się nie wydarzy, to i ten półmaraton w Krakowie zrobię spokojnie :)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Pingback: Jak pływać, to w wodach otwartych!()

  • Pingback: 2. PZU Cracovia Półmaraton()

  • Pingback: Siła jest kobietą()

  • Pingback: Porwałam się z motyką na słońce! 5150 Warsaw Triathlon #before()

  • Pingback: #mamcel - ukończyć 1/4 Bydgoszcz Triathlon()