Jak pływać, to w wodach otwartych!

Pływanie w basenie jest jak bieganie po bieżni. Wszystko fajnie, do czasu, aż nie poczujesz tej przestrzeni. Uwielbiam pływać w jeziorach, bo dopiero tu na wodach otwartych, jak podczas długiego wybiegania, można poczuć swój rytm, swobodę i niezależność.

Jesteśmy na wczasach nad pięknym i czystym jeziorem Krasne w woj. lubelskim. Szczerze przyznam, że gdyby nie przyjaciele, z którymi chcieliśmy spędzić ten czas, to pewnie wylądowalibyśmy nad jeziorem na drugim końcu Polski, czyli w moim rodzinnym lubuskim. Cieszę się jednak z tej odmiany, gdyż tamte jeziora znam już jak własną kieszeń. Odkąd pamiętam większość wakacji spędzałam właśnie nad nimi. Najpierw z rodzicami, później dorabiałam na wakacjach jako ratowniczka. Uwielbiam lazurową wodę jeziora Trześniowskiego w Łagowie Lubuskim, z sentymentem wspominam pracę na koloniach nad jeziorem w Sławie (choć plaża od strony Lubiatowa jest o wiele przyjemniejsza i mniej zatłoczona). Kocham Lubrzę, bo tam spędzałam najbardziej szalone nastoletnie wakacje. No i Paklicko Wielkie – 400 ha jezioro w Nowym Dworku nad którym nabierałam największego doświadczania w pracy ratownika.

Pływanie w jeziorze jest dla mnie największą przyjemnością ze wszystkich sportowych aktywności z jakimi miałam do czynienia. Być może dlatego czuję się w tej wodzie jak u siebie. Więcej pokory mam przed morzem – pływanie w nim jest dużo bardziej wymagające, szczególnie na wysokich falach. Najmniej doświadczenie mam w pływaniu w rzekach (w sumie start w Bydgoszczy był chyba moimi pierwszym świadomym pływaniem w takiej wodzie).

image

Na drugim brzegu woda jest cieplejsza

Ilekroć jestem nad jeziorem kusi mnie wyprawa na drugi brzeg. Nie zawsze się jej podejmuję, gdyż wszystko zależy od formy pływackiej. Jeśli przez cały rok nie byłam na basenie, to nie porwę się nagle na takie wyzwanie, bo to nierozsądne i niebezpieczne. Ale jeśli pływam regularnie, znam swoje możliwości, poznam wodę, z którą chcę się zmierzyć, to wyprawa na drugi brzeg jest dla mnie ogromną frajdą.

Oczywiście jeśli jestem w nowym miejscu to przede wszystkim staram się ocenić odległość na tę drugą stronę. W Krasnym oceniłam ją na ok 500 m. Pierwszego dnia wypłynęłam na środek i na podstawie wskazań zegarka wyszło mi, że odległość z naszej plaży na przeciwległy brzeg nie powinna być większa. Na basenie pływam średnio 1,5-2 km więc taki dystans spokojnie był w zasięgu. Zapowiedziałam więc, że następnego dnia chcę popłynąć na drugą stronę.

Zakładając czepek naszła mnie pewna refleksja. Kiedyś poza strzeżone kąpielisko można było wypłynąć tylko mając „żółty czepek”, czyli uprawnienia potwierdzające umiejętności pływackie. Osoba, która chciała wypłynąć sobie dalej od brzegu zgłaszała się z takimi uprawnieniami do ratownika, by ten nie musiał go po chwili zawracać z wody. Zastanawiałam się wtedy, po co ten czepek? Przecież pływanie w jeziorze w czepku jest dość komiczne. Każdy jednak, kto pływa dłuższe dystanse, wie, że tak jest wygodniej – a przy okazji w czepku jesteśmy bardziej widoczni w wodzie. Teraz, na własnym przykładzie, zdałam sobie sprawę, że czepek jest w jakimś stopniu potwierdzeniem naszych umiejętności pływackich. No bo kto ma w sobie wyrobiony nawyk zabierania ze sobą i zakładania czepka, nawet jak jedzie na wczasy? Ludzie, którzy dużo pływają.

image

Wypłynęłam więc w swoją wyprawę na drugi brzeg jeziora za azymut przyjmując wieżę nadajnika telekomunikacyjnego. Płynęłam trochę kraulem, trochę żabką. Bez ciśnienia. Delektując się przyjemnością płynięcia przed siebie bez potrzeby nawracania co kilkadziesiąt metrów. Zdałam sobie sprawę, że muszę jeszcze dużo popracować nad nawigowaniem w kraulu, bo każde dłuższe płyniecie bez brania oddechu do przodu kończyło się zbaczaniem z kursu i nadrabianiem żabką. Druga rzecz, którą uświadomiło mi to pływanie, a wręcz utwierdziło w tym o czym myślałam już po ostatnich zawodach, to, że żabką mogę płynąć bardzo daleko nie czując zmęczenia czy zadyszki – to po prostu mój ukochany styl.

Dopłynęłam w okolice brzegu, spojrzałam na zegarek, który pokazywał dokładnie 500 m i byłam zaskoczona jak dobrze udało mi się ocenić odległość (nic bardziej mylnego – zapomniałam, że zegarek aktualizuje się po chwili i w rzeczywistości dopiero po powrocie okazało się jaką ostatecznie odległość przebyłam). Woda po drugiej stronie jeziora była dużo cieplejsza na powierzchni, nie zmącona żadnymi szalejącymi dziećmi, czy kąpiącymi się dorosłymi. Spojrzałam w prawo i w oddali widziałam domy mieszkańców Krasnego, po lewej ośrodek wypoczynkowy i plaża pełna wczasowiczów, których stłumione odgłosy niosły się jeszcze po tafli jeziora. Tam gdzie byłam ja był spokój – wody i otaczającej jej przyrody. Spokój, który promieniował na całą mnie. Było pięknie. Nie wybijając się z rytmu zaczęłam wracać. Uświadomiłam sobie, że takie wycieczki pływackie są jak długie wybiegania – łapiesz rytm i odpływasz w swój świat, zanurzasz się w swoje myśli, układasz je w głowie. Uwielbiam ten stan.

Dopłynęłam do brzegu. Zegarek pokazał ostateczny dystans – 1,5 km. Czas płynięcia 45 min. Zadowolona wychodzę z wody i w tym momencie trafia mnie strzał. Wszyscy są na mnie źli – od męża, przez córkę, po znajomych. Nie rozumiem, co się stało. Przestraszyli się. Nikt nie potraktował serio mojej zapowiedzi, że chcę płynąć na drugi brzeg. Po jakimś czasie stracili mnie z oczu i zaczęli się martwić, że coś mi się stało. Długo próbowałam zrozumieć jak do tego doszło. Wydawało mi się, że jasno komunikowałam swoje plany. Wchodząc do wody jeszcze Paweł zażartował, że potrafię tylko pływać od brzegu do brzegu, tym bardziej byłam pewna, że rozumie, gdzie płynę. Po kilku dniach analizowania tej sytuacji zrozumiałam, choć częściowo, dlaczego tak się stało.

  1. Założyłam, że wszyscy znają moją formę i umiejętności, tak jak znają ją np. moi rodzice (to będąc z nimi zazwyczaj porywałam się na takie wyzwania). Nie znali, mało tego, prawdopodobnie odbierali je przez pryzmat własnych doświadczeń.
  2. Nie powiedziałam jak długo mnie nie będzie. 45 min to dużo czasu kiedy siedzi się na brzegu i próbuje wypatrzyć płynącego. W wodzie ten czas mija inaczej, inaczej na lądzie.
  3. Źle oceniłam odległość – 800 m to nie 500 (a tyle ostatecznie wyniosła trasa w jedną stronę). Bez lornetki trudno wypatrzyć kogoś na taką odległość, szczególnie kiedy słońce obija się od tafli wody.
  4. Nie przyszło mi do głowy, że zapowiedź, że płynę na drugi brzeg może być zbagatelizowana, czyli za mało precyzyjnie się wyraziłam. Teraz wiem, żeby na przyszłość upewniać się, że osoby, którym mówię o swoich planach, rozumieją, co chcę zrobić.

Żałuję, że w miejscu gdzie jesteśmy nie ma wypożyczalni sprzętu. Najlepiej by było, gdyby ktoś mógł płynąć obok mnie. To zawsze jest dużo bezpieczniejsze, bo w sytuacji kiedy chce się chwilę odpocząć, złapać oddech można chwycić się kajaka. Rozwiązaniem są też bojki ratownicze – szczególnie dla osób, które nie do końca są w stanie ocenić swoje możliwości. Pasek przewieszony przez ramię nie przeszkadza w pływaniu, a kiedy się zmęczymy, czy np. złapie nasz skurcz, możemy chwycić się bojki i na niej dodryfować do brzegu.

Myślałam, że wiem już dużo o bezpieczeństwie nad wodą. Ta sytuacja pokazała, że jeszcze sporo muszę poprawić. Bo nikt nie siedzi w mojej głowie i nie zna moich myśli, ani nie jest mną i nie zna moich możliwości. Nawet najbliżsi. Dlatego po raz kolejny życie dało mi nauczkę – jasna i wyczerpująca komunikacja to podstawa, w każdym aspekcie.

Rating: 4.0. From 1 vote.
Please wait...
Agata Lipiec Opublikowane przez:

Bieganie zmieniło moje życie. Bieganie zmieniło mnie. I to nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie. Czuję się silniejsza, bardziej atrakcyjna i pewniejsza siebie. Tę całą drogę i tę, która jeszcze przede mną znajdziesz na tym blogu.

  • Z Tobą to bym nawet popłynęła, ale tak sama to nigdy!

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Kiedyś zatem popłyniemy! :)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Bardzo dobre porównanie z tym bieganiem po bieżni. :) No i jeśli ktoś chce się sprawdzić w tri, to nie wystarczy pływanie od ściany do ścianie na bezpiecznym basenie. Kto wie, czy podczas pierwszego żabkowania na otwartej wodzie nie złapie człowieka atak paniki… I lepiej, żeby to się nie wydarzyło podczas startu.

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      To prawda. Trudno mi zrozumieć strach przed otwartą wodą, który opisuje tak wielu znajomych próbujących sił w TRI, bo jak pisałam uwielbiam otwarte akweny. Domyślam się jednak, że dla wielu to spore wyzwanie.

      No votes yet.
      Please wait...