Droga jest celem

Rozmawiam ze znajomymi, którzy też przygotowują się do pierwszego w swoim życiu maratonu i… chyba do wszystkich zaczyna powoli docierać, że to będzie ogromne wyzwanie. Start już niedługo. We wrześniu. Zostało mniej niż 1000 godzin, a czas leci. Zegar tyka a w nas narasta przerażenie królewskim dystansem.

Wychodzi ze mnie wszystko. Każdy odpuszczony trening, każde przekłamanie w diecie i każda kontuzja. Każdy ma swoje małe grzeszki. Ja swoich teraz żałuję. Nie, nie obijałem się, nie oszczędzałem się na treningach. Starałem się jak tylko mogłem, jednak chyba już przestałem wierzyć w to, że pokonanie tych ponad 42 km nie będzie nadludzkim wysiłkiem. Jeszcze kilka miesięcy temu wierzyłem, że spokojnie dam radę, ale teraz? Teraz się boję… Nie, to nie jest strach. Kilka razy w życiu się bałem ale to uczucie, które mi towarzyszy kiedy teraz myślę o maratonie to jest raczej skrajne przerażenie. Mówiąc w prostych słowach robię pod siebie…

W półmaratonie startowałem mając za sobą przebiegnięte na jednym treningu 22 km. To dawało mi psychiczny spokój. Nie zastanawiałem się w ogóle nad tym, czy ten dystans jest w moim zasięgu, bo dobrze wiedziałem, że jest. Dzięki temu startowałem z „czystą głową”.

Teraz jest inaczej. Przez ciągłe problemy ze ścięgnami i przerwy w treningach, przed maratonem najprawdopodobniej nie zrobię nawet długich (30+ km) wybiegań, które pozwoliłyby mi zyskać wiarę w to, że maraton jest „do zrobienia”. Co prawda Grzegorz, mój trener, uspokaja mnie, że dam radę się przygotować na krótszych wybieganiach i ja mu nawet wierzę, ale moja głowa chyba nie jest tak łatwowierna.

Dodatkowo większość znajomych i przyjaciół będzie w tym czasie na Blog Forum Gdańsk, czyli na zaprzyjaźnionych kibiców na trasie też trudno będzie liczyć. Zapowiada się pod wieloma względami niezapomniany dla mnie start.

Pierwszy start na nowym dystansie zawsze jest najtrudniejszy. Zawsze trudniej jest przebiec swoja pierwszą „piątkę” niż czwarty półmaraton czy maraton. Pierwszy raz jest zawsze najtrudniejszy, bo nigdy nie wiesz co Cię czeka.

To będzie ostatni maraton z finiszem na Stadionie Narodowym. To jest myśl, która — liczę na to — utrzyma mnie przy życiu przez większość trasy, czyli na ostatnich 5-7 km. Tak, ostatnie 5 km to jest WIĘKSZOŚĆ trasy. Kibice na trasie zawsze dodają siły i determinacji ale finisz przy tłumnie skandujących ludzi na ostatnich metrach to niezapomniane przeżycie. To ostatnia szansa aby ukończyć maraton na Narodowym, nie zamierzam jej stracić.

Photo Credit: PolandMFA
fot: PolandMFA

Dla mnie ten maraton oznacza, że moje nogi muszą przebiec co najmniej 30 km, a nie jest to dla mnie codzienność — a później głowa musi pociągnąć jeszcze ostatnie 12,195 km. To będzie dla mnie ogromy sprawdzian: zarówno na płaszczyźnie przygotowania fizycznego jak i dla psychiki. Dobrze wiem, że najdalej od 30 kilometra będzie biegła już tylko głowa.

Boję się jak diabli tego, że nawet plan minimum może być dla mnie wyzwaniem przez ostatnie kontuzje. Planem minimum było przebiegnięcie tego maratonu, czyli ukończenie go bez przechodzenia do marszu w czasie nie przekraczającym 3:59:59. To nie jest ambitny plan i jestem tego świadom. Tym bardziej martwi mnie, że mogę mieć kłopot z „dowiezieniem” nawet tak przeciętnego wyniku.

Jest też jasna strona tego strachu (kto by pomyślał?!). Powoli przestaję się aż tak przejmować wynikiem. Nadal bardzo chciałbym zrealizować swój plan, ale jeśli się nie uda, to czas mogę poprawić w przyszłym roku. Wtedy poza startem w jakimś biegu górskim resztę planów dostosuję do poprawy czasu na dystansie 42 195 metrów. Ultramaratony będą musiały poczekać. Jedyne, co czekać nie może to Rzeźniczek, którego publicznie zobowiązałem się przebiec w 2016 roku.

Do niedawna patrzyłem na bieganie przez pryzmat celów. Nawet opracowałem sobie już listę zadań biegowych na przyszły rok. Jednak teraz zaczynam myśleć o tym w zupełnie innych kategoriach. Poznałem tylu fajnych ludzi dzięki bieganiu, że raczej pomyślę o zintensyfikowaniu wspólnych startów w fajnych miejscach. Bardziej myślę o próbowaniu czegoś nowego jak biegi górskie (bo góry ostatnio bardzo mi się spodobały) czy rower (nadal bronię się przed TRI). Chcę aby to sprawiało mi radość, chcę mieć z tego „fun”. A ta satysfakcja wcale nie musi brać się z bicia życiówek czy osiągania z góry założonych celów. Mnie bardziej cieszą wspólne starty ze znajomymi, poznawanie nowych, pozytywnych ludzi…

Przestaje mnie ekscytować cel w postaci złamania 3:30:00 na maratonie czy pokonanie Biegu Rzeźnika. Zaczyna cieszyć mnie bieganie samo w sobie. Nie tylko to bardzo szybkie albo bardzo długie. W ogóle, każdy trening stał się czystą przyjemnością i źródłem radości. Chodź nie ukrywam, że bardziej od pracy nad szybkością kręci mnie praca nad wydłużaniem dystansu.

Nawet jeśli te treningi prowadzą mnie do jakiegoś celu (tak jak teraz do pokonania maratonu), to radość sprawia mi sama „podróż” do celu a nie dopiero jego osiągnięcie.

PS Oczywiście jeśli będziecie 27 września w Warszawie to choć na te parę minut wpadnijcie na trasę maratonu i podopingujcie startujących. To naprawdę bardzo pomaga!

Please wait...
Paweł Lipiec Opublikowane przez:

Kiedyś dość intensywnie trenowałem Kung-fu, jednak po dość długiej przerwie trudno było wrócić do treningów. Początkowo bieganie miało być drogą powrotną do sztuk walki, ale już po kilku miesiącach spodobało mi się tak bardzo, że nie zamierzam z biegania rezygnować.