Wszystko pod kontrolą – Biegnij Warszawo 2015

To był mój pierwszy tak świadomy bieg. Pierwsza myśl na mecie? „Mądrzej tego pobiec nie mogłam” – to dowód na to, że warto słuchać organizmu i intuicji.

Zaczęło się jak zwykle nie najlepiej. W domu ogólne rozprężenie po maratonie Pawła wpłynęło również na mnie i na moją głowę. Po raz pierwszy od 9 miesięcy NIE CHCE MI SIĘ zaczyna dominować nad ALE FAJNIE, CHODŹ NA TRENING. W ryzach trzyma mnie wizja debiutu półmaratońskiego za 2 tygodnie (choć i tak zaczynam sobie w brodę, po co ja sobie to wymyśliłam). Mój organizm jest już zmęczony pierwszym, tak intensywnym sezonem od lat. Głowa też, bo zdobywanie kolejnych szczytów, to motywacyjny rollercoster. Obiecuję sobie, że po półmaratonie robię chwilę przerwy od biegania (przede wszystkim od biegania z planem treningowym).

Dlatego też wizja sprawdzianu, jakim miał być start w Biegnij Warszawo, od tygodnia bardziej mnie demotywowała, niż nakręcała. Ostatni miesiąc na treningach pracowałam nad wydolnością, a to znaczy, że biegałam do tętna 152, czyli tempem 7:45-8:00 min/km lub wolniej. Strasznie wolno, nawet jak na mnie. Nie wyobrażałam sobie, jak mam nagle biec poniżej 6:00 min/km.

W niedzielę rano obudziliśmy się z Pawlem i „niechcemisizm” sięgnął zenitu. Ja stwierdziłam, że życiówka z Łodzi 1:02:59 to niesamowicie genialny czas i nie wiem, jak mogłam go nie doceniać. Paweł, że gdyby nie to, że obiecał poprowadzić Marysię w jej debiucie, to w życiu nie podniósłby się z łóżka.

Wstaliśmy, a ja stwierdziłam, że jeśli dzieją się z nami takie rzeczy, to albo będzie bardzo dobrze, albo będzie totalna katastrofa (bardziej wierzyłam w to drugie).

Drużyna długiego rękawa ;) #wybieganePL #biegnijwarszawo #10k

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Agata | Wybiegane.pl (@ghati)

Plan, jaki zakładałam sobie na ten bieg, to: pierwsze 3 km spokojnie ok 6 min/km (minimalnie poniżej). Potem podbieg tyle, ile dam radę i do „wodopoju” wyrównywanie oddechu. Po 5-tym kilometrze minimalnie przyspieszam w miarę możliwości, tak, żeby trzymać się poniżej 6 min/km.

Stanęłam na starcie. Wokół mnie tłum pomarańczowych koszulek. Pogoda mocno przesadziła z temperaturą i żałowałam po raz kolejny, że posłuchałam nakazu organizatorów startowania w koszulkach z pakietów (marzyłam o mojej na ramiączkach). Stoję w tym tłumie i staram się nie myśleć. 10 min po starcie pierwszej strefy w końcu ruszamy.

Biegnę, wydaje mi się dość spokojnie, tylko tych ludzi z przodu tyle i tak drepczą, że staram się omijać i wyprzedzać. Po kilometrze sprawdzam zegarek – tempo 5:30 – trochę za szybko, przecież nie wytrzymam biec tak całej dychy. Próbuję zwolnić, ale na niewiele się to zdaje. Drugi kilometr wychodzi mniej więcej w tym samym tempie. Przecież nie wytrzymam tak do końca! – myślę i zaczynam toczyć wojnę w głowie, która po drugim kilometrze zaczyna się buntować. Po co Ci to -słyszę – po cholerę się tak męczyć w tym upale? Odpuść, potruchtaj, poczekaj, zaraz Paweł z Marysią bedą biegli. Po co ci ta życiówka? O ty zarazo, teraz się buntujesz? – ripostuję mojej głowie w głowie- przecież to dopiero początek? Gadamy tak przez cały trzeci kilometr, aż do podbiegu. Kiedy na horyzoncie pojawia się góra zalana pomarańczową rzeką biegaczy, przechodzę w tryb mechaniczny. Wyłączam myślenie, skupiam się na rytmie muzyki i wbijam głowę w asfalt – wtedy nie widać szczytu a droga wydaje się być płaska. Uruchamiam mocniej ręce i obiecuję sobie nie patrzeć na zegarek. Myślę tylko o tym, że gdzieś tam na górze czeka woda.

Jest nieźle, bo nawet wyprzedzam i to nie tylko tych maszerujących. Wiem, że na tych pierwszych 3 km zaoszczędziłam blisko 1,5 minuty, więc nawet jeśli podbieg będzie wolniejszy, to nie powinnam dużo stracić. Endo jednak mówi, że czwarty i piąty km też utrzymałam poniżej 6 min.

Wybiegam na górę, mijam moją byłą pracę (nareszcie to miejsce nie wywołuje we mnie nieprzyjemnych dreszczy), zaczynam rozglądać się za wodą. Czuję, że jeśli zaraz się nie napiję, to będzie ciężko. W porannym zamieszaniu nie nawodniłam się odpowiednio, a butelka wody którą chciałam zabrać ze sobą na start została w domu na stole. Zaczynam czuć dreszcze, co w takim upale ewidentne wskazuje na odwodnienie. Dobiegamy do Łazienek, na horyzoncie widać już banery i balony producenta wody. Nareszcie! Jeszcze tylko kiła kroków…

Jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że owszem balony i banery są, ale wody ani kropli. W myślach zaczynam przeklinać na geniusza, który to wymyślił. Nie ja jedyna, bo wiele osób widząc te oznaczenia pocieszało się, że do wody już blisko. Jak się później okazało woda była, ale jakieś 200 m dalej. Tłum spragnionych biegaczy tak na nią napierał – 3 pierwsze długie stoły puste, ludzie zaczynają wątpić czy jeszcze się czegokolwiek napiją. Biedni wolontariusze nie nadążali z podawaniem kubków (było ich jeszcze sporo w dalszej części strefy). Żeby go sięgnąć trzeba było się zatrzymać, przedrzeć przez ten tłum – miałam wrażenie, że nie tak to powinno wyglądać. Drogi producencie wody, jeśli to czytasz, to przemyśl na przyszłość rozstawienie swoich stref, bo mam poczucie, że przez te 200 metrów padło na ciebie milion złorzeczeń i to one zostały ludziom w głowie, a nie upragniona woda, której ostatecznie udało mi się trochę wypić.

Biegnę dalej, wzdłuż Łazienek jest lekko z górki, wiec zaczyna być całkiem fajnie, po napiciu się wody tempo wzrasta i nagle, w połowie szóstego kilometra zaczynam czuć, że coś jest nie tak, że biegnie się ciężej, jakby ktoś przywiązał mi kamienie do nóg. Patrzę przed siebie i okazuje się, że to podbieg, taki którego nikt się nie spodziewał. Najgorszy, bo niepozorny, a jednak odczuwalny w nogach, a przede wszystkim w głowie. Ulica Piękna (kto ją tak nazwał?). Patrzę na zegarek – tempo 6:30 – oj nie dobrze, niby wiem, że mam lekki zapas, ale mimo to odechciewa mi się dalej biec. Kolejny raz, teraz już w formie rozpaczliwego krzyku słyszę w swojej głowie: Po co ci ta życiówka? Świata tym nie zbawisz! To kompletnie bez sensu tak się cisnąć„. Staram się skupić na muzyce, żeby odgonić te myśli. Wbijam wzrok w asfalt i rytmicznie ruszam rękami, by ułatwić sobie te zmagania. Już widać koniec tej ulicy, potem będzie już łatwiej. Wybiegamy na Marszałkowską a ja jestem pewna, że jesteśmy w Alejach Jerozolimskich na wysokości Smyka. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast palmy na horyzoncie widzę Rotundę – to zabolało. Trasa zaczyna się niemiłosiernie dłużyć, choć za Rotundą znów jest lekko z górki dzięki czemu biegnie się lżej. Wciąż mam wrażenie że ledwo drepczę, ale zegarek pokazuje tempo 5:30. Dobrze, tylko to utrzymać. Przy palmie kończy się 8 km, w słuchawkach słyszę ogólny czas 46 min coś tam, szybko przeliczam i wiem, że nawet jeśli zwolnię o minutę, to i tak złamię tę godzinę.

Pokusa by zwolnić jest ogromna, ale z drugiej strony to tylko 2 kilometry, przecież wytrzymam. Na końcówce przecież jest jeszcze długi zbieg. Ta wizja pomaga mi wytrwać. Byle do zbiegu. Jest, zaczynam luzować nogi, biegnie się dużo lżej, ale na finiszowanie z górki na pełnej parze nie mam już sił. Pamiętam też, że górka się kończy chwilę przed metą i jest tam jeszcze kawałek by dobiec. Widzę już ją na horyzoncie, próbuję finiszować, wydłużam krok, ale ten finisz w niczym nie przypomina tych z wcześniejszych biegów, kiedy ostatnie metry pokonywałam na pełnym sprincie. Teraz jest to bardziej utrzymanie tempa ze zbiegu, bo nie mam już siły biec szybciej. Nareszcie meta! Zrobiłam to! Zegarek pokazuje czas 58:40, ostatecznie będzie on o sekundę lepszy – 58:39 – moja nowa życiówka na 10 km!

Przedzieram się przez tłum w poszukiwaniu wody (bo przecież musi gdzieś być na mecie!), Biorę dwie butelki i wracam na metę, poczekać na Pawła i Marysię. Dobiegają po chwili, zadowoleni i szczęśliwi bo również dobiegli wcześniej niż zakładali.

image

W porównaniu z debiutem w Łodzi to był zupełnie inny bieg. Pierwszy, tak bardzo świadomie przebiegnięty. Pierwszy, w którym czułam dystans i nie był on niewiadomą. Pierwszy, który to ja kontrolowałam a nie on mnie. Zdecydowanie wolę tak biec – sama, swoim tempem, zmagając się ze sobą. To dobry prognostyk przed Krakowem. Debiut półmaratoński już 24 października – trzymajcie kciuki!

No votes yet.
Please wait...
Agata Lipiec Opublikowane przez:

Bieganie zmieniło moje życie. Bieganie zmieniło mnie. I to nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie. Czuję się silniejsza, bardziej atrakcyjna i pewniejsza siebie. Tę całą drogę i tę, która jeszcze przede mną znajdziesz na tym blogu.

  • Joanna Krzak

    Będę mocno trzymać kciuki za półmaraton ;) i super czas. Bo im szybciej przebiegniecie tym szybciej ulice będą przejezdne :D , a tak serio , to bardzo mocno trzymam kciuki za udany bieg i żeby miłe wspomnienia wam została , a mnie przykro, że ja nie dam rady dołączyć w tym terminie do biegu :( .

    No votes yet.
    Please wait...
    • Agata Lipiec

      Liczymy, że chociaż przyjdziesz nam pokibicować :)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Pingback: Co po maratonie?()