Nie daj się oszukać: bieganie nie jest przyjemne!

Jeśli jesteś początkującym biegaczem to na pewno słyszałeś od bardziej zaawansowanych kolegów i koleżanek dużo dobrego o bieganiu. Jeśli dopiero zaczynasz swoją przygodę z bieganiem, to głowę daję, że masa znajomych biegaczy zdążyła już Ci naopowiadać jakie to bieganie fajne, ile to radości, szczęścia, endorfin… chciałoby się powiedzieć – bieganie to czysta ekstaza!

Zapewne zajrzałeś (lub zajrzałaś) na kilka biegowych blogów i fanpage’y. Zewsząd płynie rzeka szczęścia, uśmiechu, gratulacji ukończonych biegów i poklepywana po plecach. Można odnieść wrażenie, że biegacze w swoim środowisku stworzyli sobie raj na Ziemi.

A później wychodzisz na trening

Rozmawiałem na ten temat w ostatnich dniach z wieloma osobami i wszyscy potwierdzili moją tezę – bieganie nie jest przyjemne! Przyjemny jest ten moment po udanym treningu lub starcie.

Weźmy na przykład mój dzisiejszy trening. 6 interwałów i 3 szybkie przebieżki. Razem z rozgrzewką i cool-down’em wyszło lekko ponad 20 km. Wyszedłem z domu i spacerkiem pokonałem pierwsze 200-300 metrów. Pokonałem skrzyżowanie, które i tak zawsze mnie zatrzymuje jeśli zacznę trening przed nim i zacząłem rozgrzewkę. To jest jeszcze ta przyjemna część treningu. Biegnę sobie spokojnym truchtem, bez napinki, bez pilnowania tempa – ot typowy „jogging”. Po 10 minutach jestem już na mojej biegowej trasie, więc zaczynamy.

Pierwszy interwał 1600 metrów w określonym tempie. Biegnę szybko. Nie sprintem, ale jak dla mnie tempo całkiem „rześkie”. Ok, pewnie już końcówka – patrzę na zegarek. Co? Dopiero 400 metrów. Czyli jeszcze 1200. Ok, aby utrzymać tempo. Lewa, prawa, lewa, prawa… Trzymaj tempo – myślę sobie. Już niedługo. Jeszcze kilka chwil i 800 metrów odpoczynku. Zerkam na zegarek – jak to połowa?! Jeszcze 800 metrów?! Czy ktoś te metry dzisiaj wydłużył?! Trudno, spinam się i cisnę aby utrzymać czas. Dobra, teraz już serio nie mam siły. Przecież straszne szybko biegnę – to nie możliwe żebym wytrzymał taki obciążenie przez ponad półtora kilometra! Jeszcze 200 metrów. Liczę w myślach: jeden… dwa… trzy… osiemnaście… Zegarek informuje o końcu interwału. Zwalniam. Nareszcie.

Jak to te 800 metrów to już? Znowu biegniemy? FAAAAAAAK! No dobra. Samo się nie zrobi. Lecimy. Skończę ten odcinek i już będę miał 2 z 5-6 zaplanowanych. Ledwo żyję. To zrobię dziś 5 tych interwałów. Też będzie dobrze. To jak 2 będę miał zrobione, to po 3-cim wezmę sobie ten żel co go miałem przetestować. To aby do tego trzeciego. Daleko jeszcze? Kilometr? Przecież biegnę i biegnę i… Jak to jeszcze kilometr?! W końcu jakimś cudem kończę drugi interwał. Teraz jeszcze jeden i strzelę żel – będzie lepiej.

Nie wiem skąd mi się wzięła ta irracjonalna wiara w to, że żel nagle automagicznie doda sił. Przecież nigdy do tej pory żele nie dawały aż takiego kopa. My tu gadu, gadu a tymczasem trzeba zacząć ten trzeci interwał. Przyspieszam. Brakuje tchu. Sprawdzam tempo – cholera za szybko, nie utrzymam tego. Zwalniam i staram się utrzymać spokojniejsze tempo. Jakoś udaje się przetrwać ten magiczny trzeci interwał.

Jeszcze 2, no może 3 jak będę się czuł na siłach a później już tylko sprinty, cool down i do domu. Po 800 metrach odpoczynku zaczynam czwarty, morderczy interwał. Startuję znowu odrobinę za szybko ale orientuję się dopiero po ok 400 metrach. Staram się lekko zwolnić ale tempo na zegarku ani drgnie. Tak? No to zobaczymy jak długo nogi wytrzymają takie mielenie. Wytrzymały 1.000m, 1.200, 1,400, 1.600! Ufff… Ulga. Kurcze skąd tyle energii. Mało brakowało a pobiegłbym szybciej niż to co trener założył. Dziwne, on ma raczej tendencję do ambitnych niż zachowawczych planów. No dobra zobaczymy czy na piątym nie zdechnę.

Jakimś cudem (cud nazywa się kofeina w żelu) skończyłem i piąty i szósty interwał (a co – ja nie dam rady?!) i poczułem, że fajnie byłoby w tej chwili mieć odrobinę wody. Fajnie by też było gdyby te delikatne skurcze w łydkach sobie poszły. Na szczęście skurcze po 500 metrach spokojnego truchtu minęły. Ale wody jak nie było tak nie ma. Jakoś trzeba dotrwać – już nie daleko.

Jeszcze tylko te 200 metrowe sprinty i 15 minut schłodzenia. Sprinty?! Człowieku jakie sprinty? Po tym wszystkim? Ja ledwo biegnę – moje uda i łydki mówią mi właśnie, że postanowiły założyć związki zawodowe a ja usiłuję je przekonać do sześciodniowego tygodnia pracy. To się nie ma prawa udać. Ledwo przebieram nogami i czuję, że jedyne na co mam teraz ochotę to usiąść na trawniku i już tu zostać. W tym momencie zegarek zaczyna pikać – mam jakieś 5 sekund do pierwszego sprintu.

Przyspieszam i staram się trzymać możliwie szybkie tempo. Po dwustu metrach zerkam na zegarek i… Jak to dopiero 90 metrów?! Boli już wszystko – od małego palca lewej stopy po końcówki włosów. Przyspieszam, bo przecież im szybciej to przebiegnę tym szybciej skończy się ta tortura. Po pierwszym sprincie przypominam sobie słowa trenera „każdy kolejny interwał robisz szybciej niż poprzednie„. I wtedy przychodzi ta myśl: Jak to *$#*@*#% szybciej? Przecież ten zrobiłem na 100% mocy!

Oczywiście kolejny robię szybciej a ostatni już na pełnej… parze! Zostaje tylko kwadrans wychłodzenia. Wiem, że nie mogę teraz stanąć w miejscu, choć o niczym innym nie marzę. Chcę się tylko położyć – o tu na tym trawniczku byłoby idealnie. Staram się truchtać rześkim tempem aby na koniec dopiero lekko zwolnić. Staram się jak mogę tak rozłożyć te ostatnie minuty „wychłodzenia” aby zakończenie treningu było jak najmniejszym szokiem dla organizmu.

Wreszcie przechodzę do marszu i po 500 metrach staję na rozciąganie. Długie, dokładne rozciąganie. O tak, tęskniłem za tym od trzeciej minuty treningu. Teraz dopiero czuję jak bardzo boli mnie każdy mięsień, jak moje uda, łydki, kostki, kolana, biodra serdecznie mnie nienawidzą. Dopiero po zatrzymaniu czuję, że od pewnego momentu załzawione oczy to nie kwestia wiatru wiejacego (zawsze) prosto w twarz. To efekt bólu. Zaciskam zęby, przecieram twarz kończę rozciąganie i myślę sobie: gdzie są Ci wszyscy zasrańcy, którzy opowiadają, że bieganie jest takie fajne, przyjemne, radosne?! Chodźcie no tu, już ja Wam powiem co o tym myślę!

Dopiero później, kiedy już po prysznicu odpoczywam w domu przychodzi ta niesamowita radość. Po pierwsze, że nie odpuściłem i zrobiłem cały trening choć kilka razy miałem już serdecznie dość. Po drugie dlatego, że po takim długim, wyczerpującym treningu czuć jak nigdy ten strzał endorfin i gęba sama się śmieje. Po trzecie jak trener Ci pisze, że zrobiłeś dobry trening to nic tylko się cieszyć. Gorzej, że później dodał, że w związku z tym następny trening zmieniamy na odrobinę bardziej wymagający.

Medale zdobywa się na treningach – na zawodach tylko się je odbiera

Jeśli ktoś Cię przekonuje, że bieganie jest przyjemne, że to czysta radość to pod żadnym pozorem mu nie wierz. Bieganie nie jest przyjemne! Bieganie jest cholernie wyczerpujące. Bieganie sprawia, że wracasz do domu w stanie gorszym niż po trzydniowej imprezie z góralami. Bieganie powoduje, że narażasz swój organizm na wysiłek, który jest na granicy Twojej wytrzymałości. To jest tak samo przyjemne jak średniowieczne tortury. Naprawdę oboje znamy setki przyjemniejszych rozrywek.

Jednak szczęście jakie Cię ogarnie na mecie Twojego pierwszego startu jest nie do opisania. Tak jak nie da się opisać radości z narodzin dziecka komuś kto dzieci nie ma, tak nie da się opisać tego stanu euforii i szczęścia po przekroczeniu linii mety, po złamaniu życiówki, po pokonaniu dystansu (czy to 5, czy 10 czy 15 km) po raz pierwszy w życiu. Ta radość, te emocje na mecie są warte każdej kropli potu (i krwi) i każdego przekleństwa rzuconego na treningu. To jest przyjemne. To jest ta radosna cześć biegania. To jest ta wisienka na torcie, na którą pracujemy przez 95% czasu.

Obrazek z CNN

No votes yet.
Please wait...
Paweł Lipiec Opublikowane przez:

Kiedyś dość intensywnie trenowałem Kung-fu, jednak po dość długiej przerwie trudno było wrócić do treningów. Początkowo bieganie miało być drogą powrotną do sztuk walki, ale już po kilku miesiącach spodobało mi się tak bardzo, że nie zamierzam z biegania rezygnować.

  • Agata Lipiec

    Są treningi takie jak opisujesz i są długie niedzielne wybiegania, które są przyjemne od pierwszego do ostatniego kroku :)

    No votes yet.
    Please wait...
    • Zwłaszcza jak trzeba zacząć je robić w wolnym tempie (z szybkim finiszem) lub w tempie narastającym. Oh, jaka wtedy jest przyjemność… jak już człowiek skończy ;)

      No votes yet.
      Please wait...
      • Agata Lipiec

        Nie wiem, nie robiłam. Moje są przyjemne

        No votes yet.
        Please wait...
        • Miłe „złego” początki ;)

          No votes yet.
          Please wait...
  • Kasia Lewandowska

    Hahaha… Zgadzam sie 100%. Fajnie to sie moze biega swinskim truchtem, a wszelkie mocne akcenty, ktore sie robi na bezdechu, z wywieszonym jezykiem i potem zalewajacym oczy, z przyjemnoscia nie maja NIC wspolnego. Za to jak juz wracam do domu na drżących nogach, dyszaca, z czerwona geba to czuje taka satysfakcje, ze az mnie roznosi. Dlatego wlasnie biegam :)

    No votes yet.
    Please wait...
  • emka

    W takich trudnych chwilach mam swoje mantry, które powtarzam w myślach… najważniejsza to „forma się sama nie zrobi”… no to ja ją robię :-)

    No votes yet.
    Please wait...
  • A widzisz Paweł ja się nie do końca zgadzam. Owszem trening z interwałami lub dużą intensywnością jest ciężki, ba czasami nawet bardzo ciężki i często przyjemnie to jest już go ukończyć, ale to nie zmienia ogólnego obrazu, że bieganie jako aktywność jest przyjemne. Pewnie, że czasami jest ciężko i brakuje motywacji, ale ja wolę się obudzić rano z zakwasami niż z bólem głowy po imprezie poprzedniego dnia :) Są momenty lepsze i gorsze, jak w życiu. Rozumiem, że tytuł i tekst troszkę przewrotny ;)
    Pozdr. Andrzej – ebieganie.com

    No votes yet.
    Please wait...
    • Troszkę… ale tylko troszkę ;)

      No votes yet.
      Please wait...
  • Szczęście ogrania na każdych zawodach w których dajesz maxa. Nie tylko pierwszych czy przy życiówce. Bo bieganie polega na tym, żeby się sponiewierać, a wtedy micha się cieszy… taki paradoks :)

    No votes yet.
    Please wait...
  • Pingback: Wywiad Radomskiej: Ten czas należy do Lipców | Super MAMY()