Autor: Paweł Lipiec

Kiedyś dość intensywnie trenowałem Kung-fu, jednak po dość długiej przerwie trudno było wrócić do treningów. Początkowo bieganie miało być drogą powrotną do sztuk walki, ale już po kilku miesiącach spodobało mi się tak bardzo, że nie zamierzam z biegania rezygnować.

Wiele osób pytało mnie jeszcze przed Maratonem Warszawskim, co później? Jakie plany po tym kluczowym starcie i zakończeniu programu „Biegaj na zdrowie z PZU„? Nie chciałem na te pytania odpowiadać zawczasu, choć tu i ówdzie wspominałem, że na jednym maratonie życie się nie kończy i jest wiele możliwości. Nie chciałem jednoznacznie deklarować planów na przyszłość przed zderzeniem moich pomysłów z opinią trenera. Tymczasem od maratonu minął już miesiąc. Przez ten miesiąc niewiele biegałem i niewiele trenowałem, a odpowiedź na wspomniane pytanie kilka razy zdążyła się zmienić. A więc co po maratonie, pytacie?

Agata od jakiegoś już czasu dość regularnie trenuje pływanie (zachciało się triathlonu…). Ja ostatnio też musiałem część biegowych treningów zamienić na taplanie się w wodzie. W efekcie oboje skazani jesteśmy na dość regularny kontakt z Warszawskimi pływalniami, a w szczególności OSiRami.

Nie jestem rannym ptaszkiem. Nie lubię się zrywać wcześnie rano, a tym bardziej nie jestem w stanie zmusić się do biegania o 5 czy 6 „w nocy”. Zdecydowanie wolę wieczorem, kiedy mam już „rozpęd” po całym dniu. Niestety lato i długie dni odeszły w niepamięć, a zastąpiła je jesień i co raz wcześniejsza szarówka. Często wieczór po pracy oznacza już „po zmroku”. A nocą, jak to nocą – widać niewiele, zwłaszcza kiedy biegniesz po nieoświetlonym parku. A na ścieżkach bez oświetlenia największym problemem nie są rowerzyści, ani piesi – tych widać z daleka. Pierwsi przeważnie mają oświetlenie, a drudzy poruszają się wystarczająco wolno. Problemem są biegacze!

To był bieg, który zapamiętam do końca życia! Nie tylko dlatego, że to ostatni Maraton Warszawski z finiszem na Stadionie Narodowym, nie tylko dlatego, że to był mój debiut maratoński, ale dlatego, że jeszcze nie widziałem na biegu masowym tylu kibiców. Byli wszędzie: na trasie, na balkonach – miałem wrażenie, że cała Warszawa dopinguje maratończykom.