Autor: Paweł Lipiec

Kiedyś dość intensywnie trenowałem Kung-fu, jednak po dość długiej przerwie trudno było wrócić do treningów. Początkowo bieganie miało być drogą powrotną do sztuk walki, ale już po kilku miesiącach spodobało mi się tak bardzo, że nie zamierzam z biegania rezygnować.

Odpuściłem. Po maratonie faktycznie długo nie mogłem wrócić do formy. Wpadłem w jakiś dziwny dołek, z którego nijak nie mogłem wyjść. Nie pomagało nic – ani zmiany w treningu, ani krótsze przerwy czy dłuższe przerwy. Dlatego odpuściłem. Jak odpuściłem tak trochę się rozleniwiłem. Aż przyszedł ostatni weekend i facebook został dosłownie zasypany zdjęciami z półmaratonów. Zarówno w Warszawie jak i w Poznaniu biegło wielu znajomych, którzy przypomnieli mi jaką frajdę dawały te start w biegach masowych.

Siłownia. Jedno z miejsc, które zawsze było wskazane jako uzupełnienie treningu, czy to w czasach dawnej świetności (por. Jak żyć, czyli krótka historia o ludziach) czy to przy treningach biegowych. Nigdy nie mogłem się jednak przemóc, żeby regularnie trenować w takim… otoczeniu. Wiecie o co chodzi. Buchający testosteron, goście szerokości dwóch przeciętnych studentów prawa. Słowem dość specyficzny klimat, który jakoś zawsze bardziej mnie zniechęcał, niż zachęcał do treningu na siłowni.

Wróciłem dziś z pracy kompletnie wymęczony i po wejściu do domu zupełnie nie miałem energii, żeby iść na trening. Już w drodze do domu czułem, że trudno będzie się zmobilizować, żeby jednak wyjść na to bieganie. Bolało mnie to tym bardziej, że akurat dziś wypadł najważniejszy trening w tym tygodniu. Zupełnie niechcący znalazłem sposób na brak motywacji.

To był bardzo ciekawy rok. Rok pełen wyzwań, mniejszych i większych sukcesów, ale nie zabrakło również cennych lekcji i wniosków na najbliższe lata. W ten delikatny sposób próbuję powiedzieć, że był to również rok obfitujący w porażki. Porażki, których można było uniknąć, a które zaliczyłem na własne życzenie. Jedyna korzyść jest taka, że wiem jak ich uniknąć w nowym sezonie!

Zaczynałem biegać wiosną. To był początek kwietnia 2014 r. Idealna pora, jak mi się wtedy wydawało, zima minęła, zaczęło się robić cieplej, nie trzeba marznąć… Wtedy bieganie zimą było dla mnie jednym z wielu lęków, które towarzyszyły mojej biegowej przygodzie. Wiedziałem, że przed maratonem przyjdzie mi jednak trenować zimą. I co wtedy?